![]() |
| Zdjęcie z koncertu w Zabrzu. Fot. pkokot.com |
Stało się. Trafiłam do królestwa szatana. Żeby było ciekawiej, znalazłam się tam na własne życzenie. 18 listopada piekło na scenie łódzkiej Scenografii zgotował Hunter. A pod sceną fani. Gorąca atmosfera połączona z wysoką temperaturą naprawdę przywodziła na myśl piekielne czeluście. Ale jakoś nikt nie uciekał w panice. Wręcz przeciwnie! Wszyscy zdawali się pragnąć być jak najbliżej źródła tej muzycznej rebelii. Pod sceną działa się prawdziwa rzeźnia. Rzeźnia nr 6.
W ogóle setlista listopadowego koncertu rozpieszczała publiczność. A może zespół czyta w moich myślach? Bo o którym utworze bym nie zamarzyła, natychmiast płynęły jego pierwsze dźwięki. To się nazywa telepatia! Usłyszeć na żywo obok siebie "Imperium uboju", "Trumian Show", "Dwie siekiery", "Płytki dołek", "Osiem", "Kostian", "Labirynt Fauna", „Śmierć i śmiech” i "T.E.L.I" to prawdziwa muzyczna gratka dla każdego, kto zna twórczość zespołu. Nic więc dziwnego, że kolejne utwory wzbudzały coraz większy entuzjazm publiczności. Pod sceną trwał niekończący się młyn młodszego pokolenia fanów. Ale i to starsze nie pozostawało w tyle. Taka na przykład ja wybawiłam się do bólu. I do zakwasów. A to wszystko z całkiem dobrym nagłośnieniem, które pozwoliło cieszyć ucho zarówno wokalem, jak i muzyką.
Przyjemnie zaskakiwał fakt, że publiczność głośno i stanowczo domagała się tytułowej piosenki z najnowszego krążka Huntera "NieWolnOść". To nietypowa sytuacja, aby publiczność znała i niecierpliwie czekała na utwory z nowej płyty promowanej na danej trasie. Płyty, która ma zaledwie 3 tygodnie. Takie sytuacje napawają optymizmem.
Specyfiką każdego koncertu jest wyróżniająca się na nim osobowość. Ktoś, kto na scenie zwraca szczególną uwagę publiczności i nadaje rytm koncertowej zabawie. Najczęściej funkcja ta przypada wokaliście, ale w przypadku Huntera, który jest prawdziwą tęczą silnych osobowości, role te się zmieniają. Tym razem niekwestionowaną gwiazdą koncertu okazał się Piotr Kędzierzawski, któremu można pozazdrościć energii, kondycji i pozytywnego nastawienia do świata. Kroku dotrzymywał mu Konrad Karchut. Obaj bawili się w najlepsze i zarażali wszystkich doskonałym nastrojem. Patrząc na nich nie można było przestać się uśmiechać. W ogóle na koncertach Huntera o uśmiech nie jest trudno.
Pisałam już tutaj o ogromnym dystansie do świata (i własnych utworów) oraz poczuciu humoru towarzyszącym muzykom podczas występów na żywo. Hunter wychodzi z założenia, że koncerty służą zabawie, a nie zbiorowemu zamartwianiu się zakłamaniem i tragediami współczesnego świata. Na wszelkie smutne refleksje jest czas podczas słuchania płyt. A koncert... Na nim trzeba odreagować! Co też czynili fani Huntera, wspierani przez to, co działo się deskach sceny. A zabawa na niewielkiej scenie, pełnej instrumentów, no i sześciu rosłych chłopa, nie była łatwym wyzwaniem. Nawet Jelonek musiał ograniczyć efektowne wymachiwania smyczkiem!
Czego zabrakło na listopadowym koncercie Huntera? Stałego punktu wielu ich występów – rzucania damskiej bielizny w stronę muzyków. Tę koncertową tradycję starał się ratować tajemniczy Kopciuszek (płeć męska), którego but powędrował na scenę. W bajce wystąpił też książę Kędzierzawski, który go odnalazł. I to by było na tyle, jeśli chodzi o baśniowe akcenty koncertu. Reszta to już bezkompromisowo i bezlitośnie mocne granie. Takie, jakie lubię najbardziej.
Jeśli zatem wybieracie się do piekła, koniecznie wybierzecie strefę z Hunterem i jego publicznością. Wieczna szczęśliwość gwarantowana!
Mimo braku dostępnych galerii fotografii z Łodzi, zachęcam do przejrzenia fotek z koncertu Huntera w Zabrzu.
Przeczytaj także:




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz