Strony

25 gru 2016

Amon Amarth w Warszawie

Amon Amarth Warszawa recenzja
Fot. Janek Fronczak Photography

Zaczęło się od... tuniki. Trzeba być babą stuprocentową, żeby zainteresować się zespołem dlatego, że się wypatrzyło cudowną bluzeczkę z logo kapeli. Bluzka musiała być moja (a potem jeszcze dwie inne), więc poczułam się w obowiązku, by sprawdzić komu zawdzięczam te stylowe czachy na piersi. To było jakiś czas temu... Ciuchy trochę się zużyły, ale wciąż mam do nich słabość. Podobnie jak do Amon Amarth.


Dlatego byłam gotowa na wiele, by jechać do Warszawy na koncert zespołu. Z niezłomnością wikingów walczyłam z przeciwnościami losu, lepszą połową, imprezą rodzinną i naglącymi terminami w pracy. I wyszłam z tej walki zwycięsko!

Zauważam u siebie poważne postępy. 9 grudnia udało mi się dotrzeć na support. Co prawda tylko jeden, ale jednak! Zespół Grand Magus okazał się świetnym wprowadzeniem w klimat muzyki Amon Amarth. To dźwięki bardzo przyjemne dla ucha. Myślę, że świetnie sprawdziłyby się w aucie. Moje pierwsze skojarzenie - Iron Maiden, ale po kilku utworach muzyka nabrała indywidualnego charakteru i specyficznego brzmienia. Jest mocna i zadziorna, ale melodyjna i zachęcająca do zabawy. Nawet słysząc ją pierwszy raz, trudno ustać w miejscu.

Panowie pięknie angażowali publiczność, a ta odwzajemniała się głośno i przyjaźnie. Do rzadkości na koncertach należy taki aplauz po występie zespołu poprzedzającego gwiazdę wieczoru.

Okazuje się, że trzy osoby wystarczą, by zagrać naprawdę dobry, rockowy koncert. 


Tutaj niewątpliwie na pierwszy plan wysuwa się wokalista JB Christopherson, który nie dość, że potrafi ryknąć pełną mocą, to jeszcze okrasza ten syreni śpiew miażdżącymi solówkami na gitarze. Prawdziwy człowiek orkiestra! Gdyby miał więcej rąk, pewnie sam dałby radę wystąpić roli zespołu, a koncert wcale nie straciłby na jakości.

Amon Amarth pojawił się na scenie w najlepszym momencie. 


Rozochocona mocnym, ale niezbyt długim uderzeniem Grand Magus publiczność domagała się igrzysk. A te rozpoczęły się od „The Pursuit Od Vikings”, by potem zapodać żądnym mocnych wrażeń słuchaczom krwistą mieszankę znanych i sprawdzonych koncertowo utworów z tymi najnowszymi, pochodzącymi z wydanego w 2016 krążka „Jomsvikingm”.

Co powinien posiadać szanujący się zespół metalowy? 


1. Tatuaże. Dużo tatuaży. SĄ. 
2. Długie włosy. Są! I bardzo przydają się podczas "tańca" synchronicznego regularnie uprawianego na scenie. 
3. Zespół musi mieć też frontmana napędzającego tę całą imprezę. I ten w Amon Amarth jest. Zwie się Johan Hegg. 

Posiwiała broda i demoniczne spojrzenie. Na teledyskach i fotografiach groźnie się prezentuje. Na szczęście to tylko pozory! Bo w bezpośrednim koncertowym spotkaniu, gdy między zespołem a publicznością następuje ta specyficzna interakcja, okazało się, że Hegg to młoda dusza, którą entuzjazm wprost rozpiera. Nawet wygląda o wiele młodziej niż na zdjęciach. Szeroki i zaraźliwy uśmiech a'la Brad Pitt nie schodził z jego twarzy przez cały koncert. Do tego chochliki w oczach i ciągły ruch sceniczny... Przyznam, że przyjemnie się na niego patrzyło. I równie przyjemnie słuchało. Do tej pory rzadko włączałam Amont Amarth na więcej niż 3-4 piosenki ze względu na wokal, który po jakimś czasie zaczynał wydawać mi się jednostajny. Ten sam wokal na koncercie zyskał na barwie i rozpiętości. Na żywo pojawiło się nacechowanie emocjonalne, głębia i zróżnicowanie. Dawała się w nim wyczuć silna osobowość wokalisty. To jedna z mocniejszych stron zespołu. Ale nie jedyna. 

Dodatkowo podświetlona, postawiona na podwyższeniu w centralnej części sceny perkusja także miała co robić. A przecież w Amon Amarth nie próżnują i gitary rozpieszczające słuchaczy energetycznymi solówkami. To wszystko wzmacniane jest efektami rodem ze skandynawskich historii i legend. Scenografia, postawa i gesty muzyków oraz toczone na scenie bitwy wojowników, łuki, włócznie i miecze dodały występowi finezji i wprowadziły nastrój celebracji. Imponujące rogi w roli kielichów, ciągły kontakt z publicznością oraz podziękowania po polsku bardzo ocieplały klimat koncertu. 

W Amont Amarth mnóstwo jest świeżości i witalności


Może to odrobinę zaskakiwać, gdy bierzemy pod uwagę fakt, że Warszawa była jednym z ostatnich miast na tegorocznej europejskiej trasie zespołu. W ciągu miesiąca Szwedzi zagrali prawie 30 koncertów, a w Progresji wyglądali na wypoczętych i głodnych grania. Scena wprost kipiała testosteronem, a kondycji i radości życia można muzykom tylko pozazdrościć. To wszystko sprawiło, że jeszcze dumniej wypinam pierś z Amon Amarth na koszulce. I już rozglądam się za kolejnymi … koszulkami wikingów i ich koncertami oczywiście :) 


Przeczytaj także:
 

1 komentarz: