| Fot. koncertywobiektywie.blogspot.com |
Summer Dying Loud do to specyficzny festiwal. Tworzą go ludzie z muzyczną pasją. Radość z tego co robią widać od samego początku. Śmiem przypuszczać, że jeszcze zanim pojawił się pomysł rockowego pożegnania lata, maczali ręce w Dniach Aleksandrowa Łódzkiego - w czasie ich świetności przyjeżdżały tam mniej komercyjne, ale za to bardzo rockowe postacie muzycznego świata. Potem Dni Aleksandrowa poszły swoją drogą, a na rockowej mapie Polski pojawił się kolejny festiwal. Festiwal ze świetną obsadą i genialnym nagłośnieniem. Festiwal tworzony z sercem i pomysłem. I wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku...
Bilety nie są drogie. Zainteresowanie tematem było, recenzje mocno pochlebne, a
i termin wydawał się sprzyjający. Drugi weekend września to czas, gdy po
zakończeniu dużych letnich festiwali, a jeszcze przed jesiennymi trasami
klubowymi, w każdym koncertomaniaku budzi się głód muzyki na żywo.
Od samego początku Festiwalu, organizatorzy mają też szczęście do zespołów, które na tej scenie dają z siebie wszystko.
Nawet fochujący ostatnio Illusion pokazał się tam
w 2013 roku od jak najlepszej strony. Wszystko jest więc idealnie. A przyszłość
Festiwalu powinna rysować się w tęczowych barwach gdyby nie... publiczność.
Jej nastawienie i energia są głównymi przyczynami tego, że pojawiam się
na Summer posłuchać tylko wybranych zespołów. A przecież co roku, kiedy zbliżam
się na teren imprezy, wszystko wydaje się w porządku.
Tłum jest gęsty, mijają mnie rozbawieni fani
Ale pod sceną przestaje być już tak
optymistycznie. Cztery pierwsze rzędy są w pełni zaangażowane a dalej... ludzie
schodzą się i rozchodzą. A ci, którzy postanawiają wysłuchać koncertu, stoją
jak – za przeproszeniem – słupy soli i wyglądają na mocno zmęczonych.
Przyczyna? Zapewne jest ich kilka, ale cóż... czas spojrzeć na sprawę
samokrytycznie. Jest w tym i moja wina. Moja oraz mnie podobnych. Otóż Summerowi
wciąż daleko do rangi Jarocina czy gwiazd choćby CzadFestiwalu. Dlatego festiwalowa
publiczność zjeżdżająca z całej Polski stanowi niewielki procent. Mimo
zapełnionego pola namiotowego, jestem pewna, że większość słuchaczy stanowią
fani z pobliskich miejscowości. A to oznacza brak anonimowości.
Jeśli jesteś nauczycielem w gimnazjum czy liceum, na 100% wpadniesz na grupki swoich uczniów. Jeśli pracujesz w korporacji, na pewno spotkasz kolegów z pracy. Jeśli mieszkasz w okolicy, trafisz tutaj na sąsiada. A jeśli jesteś kobietą z przeszłością, istnieje duże ryzyko, że wpadniesz na byłego przyjaciela, albo kochanka. Jest też sporo prawdopodobieństwo, że wymienione spotkania się skumulują i spotkasz ich wszystkich w jednym miejscu.
Jeśli jesteś nauczycielem w gimnazjum czy liceum, na 100% wpadniesz na grupki swoich uczniów. Jeśli pracujesz w korporacji, na pewno spotkasz kolegów z pracy. Jeśli mieszkasz w okolicy, trafisz tutaj na sąsiada. A jeśli jesteś kobietą z przeszłością, istnieje duże ryzyko, że wpadniesz na byłego przyjaciela, albo kochanka. Jest też sporo prawdopodobieństwo, że wymienione spotkania się skumulują i spotkasz ich wszystkich w jednym miejscu.
Słuchasz sobie więc potem człowieku koncertu prowadząc uprzejme rozmowy i rozsyłając uprzejme uśmiechy.
Niczym na przyjęciu
komunijnym u wnuczki dalekiego kuzyna twojego ojca. Jedna wielka, szczęśliwa
rodzina. Tylko jak się bawić w takim towarzystwie?
Jeśli takich
lokalnych szczęśliwców, jak ja bywa w Aleksandrowie Łódzkim wielu, to i nic
dziwnego, że więcej osób jest w ogródku piwnym niż pod sceną. A i tych pod
sceną niełatwo rozruszać. Duże kroki ku temu czynił w tym roku Sweet Noise, a
konkretnie Glaca, któremu przy ogromnym nakładzie pracy i energii udało się
rozkręcić festiwalową publiczność. A przynajmniej jej pierwsze rzędy. Nigdy nie
przepadałam za sposobem bycia, prezentowanym przez Piotra Mohameda. Nie jestem
fanką wulgaryzmów w muzyce, a tym bardziej jako jej przerywników.
Nawet o okrucieństwie, niesprawiedliwości i buncie wobec świata można mówić bez epitetów.
No ale kim ja jestem by oceniać język Artysty! Wychodząc z tego
założenia i trochę walcząc z pomieszkującą we mnie belferką, wybrałam się i na
poprzedni i ten ostatni występ Glacy w Aleksandrowie. I za każdym razem po
kilku chwilach koncertu zapominałam o targających mną wątpliwościach. Bo
charyzma, siła przekazu i ilość emocji, które pojawiają się na koncertach zespołów My
Riot i Sweet Nois sprawiają, że taki sposób przekazu nie razi, a wręcz wydaje
się uzasadniony.
Słodki Hałas poruszył aleksandrowską publiczność, a przecież nie było to łatwym zadaniem.
Przyjemnie było obserwować trzydziestoparolatków
śpiewających wraz z frontmanem utwory od deski do deski. Miło było widzieć, że
wokalista daje z siebie wszystko, by zaspokoić apetyt wygłodzonych zespołu
fanów. I dobrze było widzieć Sweet Noise po licznych personalnych perturbacjach
i rozstaniach, w świetnej formie.
Ja jednak przyjechałam do Aleksandrowa przede wszystkim na ukochany Closterkeller
I wreszcie się doczekałam. Niekwestionowana królowa polskiej sceny gotyckiego
rocka rozświetliła scenę (tym razem) niebieskim odcieniem włosów oraz niezwykłą
barwą swojego głosu. Closterkeller ma zróżnicowaną muzykę. Jest u nich miejsce
na ostre, mocno rockowe granie, ale nie brakuje też przecież ballad, w których
obok przejmujących solówek, to głos Anji stanowi główną atrakcję programu. I
tym razem to właśnie przede wszystkim te wokalne popisy były eksponowane. Czy
publiczność to doceniła? Chyba nie do końca.
Nareszcie odrobinę rozkręcona energetycznym
Sweet Nois, przestawiała się na inny rytm koncertu bez entuzjazmu. A może było
odwrotnie? Może to zespół dopasował
repertuar do trudnej do rozgrzania publiczności? Niezależnie od powodów, brak
takich sprawdzonych koncertowo utworów jak choćby "Agnieszka" nie przysłużył
się koncertowi. Nawet charyzma Anji (także jakby nieco uśpiona) nie mogła go
ożywić. W ogóle odnoszę wrażenie, że po zmianach składu, zespół stracił nieco
na koncertowej energii…
Zazwyczaj Closterkeller grywa jednak koncerty mocniejsze i bardziej żywiołowe
Tym razem ich występ wypadł dość blado na tle
wcześniejszego Sweet Noise. A waśnie na Closterkellerze zakończył się mój
tegoroczny Summer Doing...
Czy było warto?
Cóż... Poza dożynkowym występem
zespołu Boys w czasach licealnych, nigdy się chyba nie zdarzyło bym żałowała
obecności na jakimś koncercie. Są gorsze i lepsze, ale z każdego można coś
zaczerpnąć, albo chociaż wypracować sobie indywidualną opinię o organizacji czy
zespole. Zatem tak. Warto być na Summer. I bawić się całą mocą. Może to wywoła
efekt śnieżnej kuli - publiczność weźmie przykład od rozbawionych
festiwalowiczów i zacznie angażować się w koncerty, a to sprawi, że wysiłki
organizatorów zaowocują festiwalem przez duże F. Czego im (i sobie!) szczerze
życzę.
Zdjęcia z tegorocznej edycji można podejrzeć na koncertywobiektywie.blogspot.com
Przeczytaj także:



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz