Strony

8 sty 2017

Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim. Czy warto?

Sweet Noise Summer Dying Loud Aleksandrów Łódzki 2016
Fot. koncertywobiektywie.blogspot.com

Summer Dying Loud do to specyficzny festiwal. Tworzą go ludzie z muzyczną pasją. Radość z tego co robią widać od samego początku. Śmiem przypuszczać, że jeszcze zanim pojawił się pomysł rockowego pożegnania lata, maczali ręce w Dniach Aleksandrowa Łódzkiego - w czasie ich świetności przyjeżdżały tam mniej komercyjne, ale za to bardzo rockowe postacie muzycznego świata. Potem Dni Aleksandrowa poszły swoją drogą, a na rockowej mapie Polski pojawił się kolejny festiwal. Festiwal ze świetną obsadą i genialnym nagłośnieniem. Festiwal tworzony z sercem i pomysłem. I wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku...


Bilety nie są drogie. Zainteresowanie tematem było, recenzje mocno pochlebne, a i termin wydawał się sprzyjający. Drugi weekend września to czas, gdy po zakończeniu dużych letnich festiwali, a jeszcze przed jesiennymi trasami klubowymi, w każdym koncertomaniaku budzi się głód muzyki na żywo. 

Od samego początku Festiwalu, organizatorzy mają też szczęście do zespołów, które na tej scenie dają z siebie wszystko. 


Nawet fochujący ostatnio Illusion pokazał się tam w 2013 roku od jak najlepszej strony. Wszystko jest więc idealnie. A przyszłość Festiwalu powinna rysować się w tęczowych barwach gdyby nie... publiczność. Jej  nastawienie i energia są głównymi przyczynami tego, że pojawiam się na Summer posłuchać tylko wybranych zespołów. A przecież co roku,  kiedy zbliżam się na teren imprezy, wszystko wydaje się w porządku. 

Tłum jest gęsty, mijają mnie rozbawieni fani


Ale pod sceną przestaje być już tak optymistycznie. Cztery pierwsze rzędy są w pełni zaangażowane a dalej... ludzie schodzą się i rozchodzą. A ci, którzy postanawiają wysłuchać koncertu, stoją jak – za przeproszeniem – słupy soli i wyglądają na mocno zmęczonych. Przyczyna? Zapewne jest ich kilka, ale cóż... czas spojrzeć na sprawę samokrytycznie. Jest w tym i moja wina. Moja oraz mnie podobnych. Otóż Summerowi wciąż daleko do rangi Jarocina czy gwiazd choćby CzadFestiwalu. Dlatego festiwalowa publiczność zjeżdżająca z całej Polski stanowi niewielki procent. Mimo zapełnionego pola namiotowego, jestem pewna, że większość słuchaczy stanowią fani z pobliskich miejscowości. A to oznacza brak anonimowości. 

Jeśli jesteś nauczycielem w gimnazjum czy liceum, na 100% wpadniesz na grupki swoich uczniów. Jeśli pracujesz w korporacji, na pewno spotkasz kolegów z pracy. Jeśli mieszkasz w okolicy, trafisz tutaj na sąsiada. A jeśli jesteś kobietą z przeszłością, istnieje duże ryzyko, że wpadniesz na byłego przyjaciela, albo kochanka. Jest też sporo prawdopodobieństwo, że wymienione spotkania się skumulują i spotkasz ich wszystkich w jednym miejscu. 

Słuchasz sobie więc potem człowieku koncertu prowadząc uprzejme rozmowy i rozsyłając uprzejme uśmiechy. 


Niczym na przyjęciu komunijnym u wnuczki dalekiego kuzyna twojego ojca. Jedna wielka, szczęśliwa rodzina. Tylko jak się bawić w takim towarzystwie?

Jeśli takich lokalnych szczęśliwców, jak ja bywa w Aleksandrowie Łódzkim wielu, to i nic dziwnego, że więcej osób jest w ogródku piwnym niż pod sceną. A i tych pod sceną niełatwo rozruszać. Duże kroki ku temu czynił w tym roku Sweet Noise, a konkretnie Glaca, któremu przy ogromnym nakładzie pracy i energii udało się rozkręcić festiwalową publiczność. A przynajmniej jej pierwsze rzędy. Nigdy nie przepadałam za sposobem bycia, prezentowanym przez Piotra Mohameda. Nie jestem fanką wulgaryzmów w muzyce, a tym bardziej jako jej przerywników. 

Nawet o okrucieństwie, niesprawiedliwości i buncie wobec świata można mówić bez epitetów. 


No ale kim ja jestem by oceniać język Artysty! Wychodząc z tego założenia i trochę walcząc z pomieszkującą we mnie belferką, wybrałam się i na poprzedni i ten ostatni występ Glacy w Aleksandrowie. I za każdym razem po kilku chwilach koncertu zapominałam o targających mną wątpliwościach. Bo charyzma, siła przekazu i ilość emocji, które pojawiają się na koncertach zespołów My Riot i Sweet Nois sprawiają, że taki sposób przekazu nie razi, a wręcz wydaje się uzasadniony. 

Słodki Hałas poruszył aleksandrowską publiczność, a przecież nie było to łatwym zadaniem. 


Przyjemnie było obserwować trzydziestoparolatków śpiewających wraz z frontmanem utwory od deski do deski. Miło było widzieć, że wokalista daje z siebie wszystko, by zaspokoić apetyt wygłodzonych zespołu fanów. I dobrze było widzieć Sweet Noise po licznych personalnych perturbacjach i rozstaniach, w świetnej formie.

Ja jednak przyjechałam do Aleksandrowa przede wszystkim na ukochany Closterkeller


I wreszcie się doczekałam. Niekwestionowana królowa polskiej sceny gotyckiego rocka rozświetliła scenę (tym razem) niebieskim odcieniem włosów oraz niezwykłą barwą swojego głosu. Closterkeller ma zróżnicowaną muzykę. Jest u nich miejsce na ostre, mocno rockowe granie, ale nie brakuje też przecież ballad, w których obok przejmujących solówek, to głos Anji stanowi główną atrakcję programu. I tym razem to właśnie przede wszystkim te wokalne popisy były eksponowane. Czy publiczność to doceniła? Chyba nie do końca. 

Nareszcie odrobinę rozkręcona energetycznym Sweet Nois, przestawiała się na inny rytm koncertu bez entuzjazmu. A może było odwrotnie? Może to zespół  dopasował repertuar do trudnej do rozgrzania publiczności? Niezależnie od powodów, brak takich sprawdzonych koncertowo utworów jak choćby "Agnieszka" nie przysłużył się koncertowi. Nawet charyzma Anji (także jakby nieco uśpiona) nie mogła go ożywić. W ogóle odnoszę wrażenie, że po zmianach składu, zespół stracił nieco na koncertowej energii…

Zazwyczaj Closterkeller grywa jednak koncerty mocniejsze i bardziej żywiołowe

Tym razem ich występ wypadł dość blado na tle wcześniejszego Sweet Noise. A waśnie na Closterkellerze zakończył się mój tegoroczny Summer Doing...

Czy było warto? 

Cóż... Poza dożynkowym występem zespołu Boys w czasach licealnych, nigdy się chyba nie zdarzyło bym żałowała obecności na jakimś koncercie. Są gorsze i lepsze, ale z każdego można coś zaczerpnąć, albo chociaż wypracować sobie indywidualną opinię o organizacji czy zespole. Zatem tak. Warto być na Summer. I bawić się całą mocą. Może to wywoła efekt śnieżnej kuli - publiczność weźmie przykład od rozbawionych festiwalowiczów i zacznie angażować się w koncerty, a to sprawi, że wysiłki organizatorów zaowocują festiwalem przez duże F. Czego im (i sobie!) szczerze życzę.

Zdjęcia z tegorocznej edycji można podejrzeć na koncertywobiektywie.blogspot.com

Przeczytaj także:

Slayer w Jarocinie                        AlcoholicA w Łodzi                   Pover Festival 2016
       




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz