Strony

31 paź 2017

Ja muszę pozostać sam - Venflon i Vermis w Łodzi

Venflon w Łodzi koncert 2017 Scenografia

20 października stanęłam u bram piekieł. Zazwyczaj lubię tak pisać, bo to oznacza ognistą muzykę, szatański wokal i żywiołową zabawę. Oczywiście Venflon – jak zawsze – zapewnił to wszystko, ale moje piekiełko wynikało tym razem z innych powodów. Zgotowała je publiczność, której... nie było.

Łódź – wstyd mi za Ciebie. Dobrze, że wyprowadziłam się z miasta, w którym tylko przaśny styl grania w stylu Nocnego Kochanka jest przyjmowany z zainteresowaniem. Cała reszta świetnych zespołów musi się liczyć z tym, że ich muzyka będzie obijała się głuchym echem po pustych pomieszczeniach sal koncertowych. Nic dziwnego, że część kapel omija już Łódź szerokim łukiem. Venflon chyba też powinien…

Mimo 20-osobowej publiczności wszystko odbyło się perfekcyjnie i na wysokim poziomie.

Okazuje się, że dwa zespoły potrafią się zmienić na scenie w kwadrans, łącznie ze składaniem i rozkładaniem sprzętu, strojeniem itp. Można? Ano można. Rozpoczynający wieczór Vermis miał według programu zacząć o 20-tej i był gotowy o 20-tej. Kilka tygodni wcześniej wpadła mi w ręce EPka tego łódzkiego zespołu. Brzmiała obiecująco. Jednak nie byłabym przecież sobą, gdybym nie chciała zweryfikować płytowego brzmienia z grą na żywo.

Od pisku po ryk w sekundę.
Tak najkrócej scharakteryzowałabym sposób śpiewania frontmana zespołu i głównego aktora tego muzycznego widowiska. Wokal, który już na EPce zwrócił moją uwagę, na koncercie po prostu zmiażdżył system. Czapki z głów! Greg Ramirez Garcia jest stworzony do dużych koncertów na światowym poziomie. Rozkręcał "publiczność" w iście amerykańskim stylu. Nie szczędził sił, by robić to profesjonalnie i z przytupem. Gdyby zostało we mnie choćby odrobinę wiary w lepsze jutro zespołów metalowych w Polsce, wróżyłabym tu niemałą, muzyczną karierę. Niestety po piątkowym wieczorze ta wiara już chyba nie powróci.

Vermis dogaduje się bez słów.
Dialogów między nimi mało, ale wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku i wszyscy są tak samo zaangażowani. Czerpią również od najlepszych. W trakcie coverowej wiązanki hitów odważnie stawiali czoła muzyce Pantery, Metalliki, Rage Against The Machine czy Queen. Podczas koncertu były chwile, w których gitary tworzyły na scenie muzyczną ścianę. Znalazło się i miejsce dla, chwytającego za serce, gitarowego solo. Ale i tak to ten nieokiełznany wrzask stanowił główną składową każdego utworu.  

Każdy z muzyków ma swój styl, swój własny wizerunek i każdy też bawi się po swojemu.  Taki na przykład… basista. Giętki niczym akrobata, z burzą loków na głowie, podczas grania tworzył naprawdę uroczy obrazek. Perkusista o horrorystycznym obliczu mocno akcentował swoją pracę, dzięki czemu i perkusji nie dało się w tym muzycznym zestawie przeoczyć.

Czego mi brakuje w Verimisie?

Właściwie niczego. Wszystko ładnie się u nich zgrywa. Stanowią całkiem spójną, pełną energii i wpadającą w ucho całość. Jest ostro, głośno, skocznie i żywiołowo. Dzięki temu zespół zostaje w pamięci. I odtwarzaczu.

Bardzo cenię zespoły, które dają z siebie wszystko zarówno przy pełnej sali, jak i iście symbolicznej publiczności. W Scenografii obie kapele stanęły na wysokości zadania.

Zresztą… O Venflonie trudno jest napisać coś złego. Nawet gdyby człowiek chciał się przyczepić, nie bardzo jest do czego. Zespół trzyma poziom, ma niezgłębione pokłady dobrej energii i do każdego koncertu podchodzi z sercem.  Nie sprawdziła się więc zasada "do 3 razy sztuka". To moja trzecia recenzja koncertu Venflona i cóż... chcąc czy nie chcąc - znów będzie pozytywnie.

Odkąd wiele lat temu usłyszałam utwór Nikt, intuicja podpowiadała, że Venflon skradnie moje serce. Tak też się stało. Tym bardziej smutna jest świadomość, że zespół podczas, otwierającego weekend, koncertu nie może zgromadzić w Łodzi choćby kilkudziesięciu osób. Gdyby to jeszcze była sobota, byłabym bardziej wyrozumiała. W niedzielę rano trzeba się robić na bóstwo i biec do kościoła, a po nocnym koncercie można przysnąć na kazaniu. Lepiej więc nie ryzykować. Jednak na taką marną frekwencję w piątkowy wieczór, nie ma już usprawiedliwienia.

Tymczasem panowie są w znakomitej formie.

Wokalnie, muzycznie, zespołowo. Jest zdecydowanie lepiej niż choćby rok temu. Zaserwowano mój ulubiony zestaw utworów z Miłością, Wszystko co masz i Tu i teraz na czele. Oczywiście pojawił się i Nikt czyli jeden z tych kawałków, które słyszane na żywo po raz pierwszy, piąty i trzydziesty wzbudzają takie same emocje, trafiając do tego zakątka duszy, do którego trafia tylko niewielka część słuchanych na codzień utworów.
Od muzyków wciąż wyczuwa się niesłabnący zapał do grania, a mistrz Maciej mógłby swoim głosem rozbijać skały. Jego cechą charakterystyczną jest też ciepły kontakt z publicznością. Wokalista garnie się do swoich słuchaczy. Na koncertach Venflona każdy czuje się jak wyjątkowy i wyczekiwany gość. A to wszystko przy 200% mocy wokalu i muzyki.

Gitara ma tutaj swoje specjalne miejsce.

Gdy ona dochodzi do głosu, reszta staje się tłem. Tłem, które ma za zadanie podkreślanie soczystości serwowanych solówek. Zresztą niepotrzebnie, bo one nawet bez żadnych otoczek i upiększeń doskonale sobie radzą. Tak. Gitary w Venflonie nie da się nie zauważyć. Górujący nad sceną Witold Danecki w przerwach między graniem i chórkami ma także czas, by zatańczyć z Ornochem walczyka.

Venflon to zespół, na którego koncerty mogłabym chodzić codziennie.

Wcale nie dlatego, że słucham ich obsesyjnie i jestem zagorzałą fanką. Nie. Oni po prostu grają świetne koncerty, dając z siebie wszystko, dzieląc się z publicznością tym, co mają najlepsze - siłą i energią. Ja czerpię od nich za każdym razem całymi garściami. Aż szkoda, że nie można tego zabutelkować i trzymać w spiżarni jako kurację na gorsze dni...

Przeczytaj też:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz