20 października stanęłam u bram piekieł. Zazwyczaj lubię tak pisać, bo to oznacza ognistą muzykę, szatański wokal i żywiołową zabawę. Oczywiście Venflon – jak zawsze – zapewnił to wszystko, ale moje piekiełko wynikało tym razem z innych powodów. Zgotowała je publiczność, której... nie było.
Łódź – wstyd mi za Ciebie. Dobrze, że wyprowadziłam się z miasta, w którym tylko przaśny styl grania w stylu Nocnego Kochanka jest przyjmowany z zainteresowaniem. Cała reszta świetnych zespołów musi się liczyć z tym, że ich muzyka będzie obijała się głuchym echem po pustych pomieszczeniach sal koncertowych. Nic dziwnego, że część kapel omija już Łódź szerokim łukiem. Venflon chyba też powinien…
Mimo 20-osobowej publiczności wszystko odbyło się perfekcyjnie i na wysokim poziomie.
Okazuje się, że dwa zespoły potrafią się zmienić na scenie w kwadrans, łącznie ze składaniem i rozkładaniem sprzętu, strojeniem itp. Można? Ano można. Rozpoczynający wieczór Vermis miał według programu zacząć o 20-tej i był gotowy o 20-tej. Kilka tygodni wcześniej wpadła mi w ręce EPka tego łódzkiego zespołu. Brzmiała obiecująco. Jednak nie byłabym przecież sobą, gdybym nie chciała zweryfikować płytowego brzmienia z grą na żywo.
Od pisku po ryk w sekundę.
Tak najkrócej scharakteryzowałabym sposób śpiewania frontmana zespołu i głównego aktora tego muzycznego widowiska. Wokal, który już na EPce zwrócił moją uwagę, na koncercie po prostu zmiażdżył system. Czapki z głów! Greg Ramirez Garcia jest stworzony do dużych koncertów na światowym poziomie. Rozkręcał "publiczność" w iście amerykańskim stylu. Nie szczędził sił, by robić to profesjonalnie i z przytupem. Gdyby zostało we mnie choćby odrobinę wiary w lepsze jutro zespołów metalowych w Polsce, wróżyłabym tu niemałą, muzyczną karierę. Niestety po piątkowym wieczorze ta wiara już chyba nie powróci.
Vermis dogaduje się bez słów.
Dialogów między nimi mało, ale wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku i wszyscy są tak samo zaangażowani. Czerpią również od najlepszych. W trakcie coverowej wiązanki hitów odważnie stawiali czoła muzyce Pantery, Metalliki, Rage Against The Machine czy Queen. Podczas koncertu były chwile, w których gitary tworzyły na scenie muzyczną ścianę. Znalazło się i miejsce dla, chwytającego za serce, gitarowego solo. Ale i tak to ten nieokiełznany wrzask stanowił główną składową każdego utworu.
Tak najkrócej scharakteryzowałabym sposób śpiewania frontmana zespołu i głównego aktora tego muzycznego widowiska. Wokal, który już na EPce zwrócił moją uwagę, na koncercie po prostu zmiażdżył system. Czapki z głów! Greg Ramirez Garcia jest stworzony do dużych koncertów na światowym poziomie. Rozkręcał "publiczność" w iście amerykańskim stylu. Nie szczędził sił, by robić to profesjonalnie i z przytupem. Gdyby zostało we mnie choćby odrobinę wiary w lepsze jutro zespołów metalowych w Polsce, wróżyłabym tu niemałą, muzyczną karierę. Niestety po piątkowym wieczorze ta wiara już chyba nie powróci.
Dialogów między nimi mało, ale wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku i wszyscy są tak samo zaangażowani. Czerpią również od najlepszych. W trakcie coverowej wiązanki hitów odważnie stawiali czoła muzyce Pantery, Metalliki, Rage Against The Machine czy Queen. Podczas koncertu były chwile, w których gitary tworzyły na scenie muzyczną ścianę. Znalazło się i miejsce dla, chwytającego za serce, gitarowego solo. Ale i tak to ten nieokiełznany wrzask stanowił główną składową każdego utworu.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz