![]() |
| fot. Andrzej Olechnowski |
Są dwa zespoły przy których zawsze się uśmiecham. Nieważne gdzie akurat jestem, jaka jest pogoda i jaki mam nastrój. Słysząc ich utwory, mam natychmiast przed oczami sceny z koncertów i dzień od razu staje się przyjemniejszy. Te zespoły to Royal Republic oraz Airbourne. Wizerunkowo i muzycznie różni ich wszystko. Jedni w garniturach i krawatkach pod szyją z włosami prosto od fryzjera. Drudzy bez koszulek, z potem i piwem lejącymi się strumieniami i rozszalałą burzą niesfornych loków.
Jest też coś, co łączy Szwedów i Australijczyków. To doskonałe występy, pokazujące ile radości może czerpać zespół z grania koncertu. I jak potrafi się przy tym bawić. Siebie i swoją publiczność. A wszystko na poziomie, z ogromnym poczuciem humoru i pozytywnym przekazem. Jeśli ktoś już raz trafił na taki występ, poważnie zmienia swój koncertowy światopogląd. I bardzo podnosi poprzeczkę kolejnym oglądanym na żywo zespołom.
Tak było w moim przypadku. Swoją kilkuletnią przygodę z muzyką na żywo dzielę na dwa etapy – przed i po warszawskim koncercie Airbourne’a. Tamto spotkanie pozostawiło we mnie trwały ślad i w ciągu ostatniego półrocza było najczęściej i najmilej wspominanym koncertowym wydarzeniem. Kiedy zatem Australijczycy pojawili się we Wrocławiu, musiałam się tam pojawić i ja. Jadąc 200 km na ten koncert już wiedziałam, co mnie czeka. Ale nie miało to wpływu na moje wrażenia.
Sobotni wieczór rozpoczynał charyzmatyczny Desecrator, na usłyszenie którego miałam ogromną chrapkę. Niestety wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie - od gorączkującego w domu dziecka po orkan Grześ. Mogę więc tylko przypuszczać, że support dobrze się spisał sądząc po tym, że rozruszana publiczność gromko odśpiewywała "przeczekajki" puszczane z głośników w trakcie oczekiwania na gwiazdę wieczoru.
W ogóle publiczność była całkiem udana.
Z warszawskiego koncertu pamiętam głównie młodych ludzi. We Wrocławiu czułam się bardziej swojsko, bo pośród młodzieży, całkiem licznie pojawiały się i osoby 30+ czy 40+. A wszyscy – bez względu na wiek – byli bardzo zaangażowani. Rozskakani i rozkrzyczani od pierwszych chwil koncertu. Airbourne osiągnął mistrzostwo w wyciskaniu z publiczności siódmych potów. Przy nich naprawdę trudno o bezruch. Muzyka, wokal i styl bycia na scenie w jakiś magiczny, ale wcale nie wymuszony sposób, wciągają publiczność w zabawę, o której wiele zespołów może tylko marzyć, nawet mocno o nią zabiegając. Pod koniec koncertu ludzie byli już porządnie zmęczeni. Czyli tak, jak być powinno.
Występ zaplanowano w nowym koncertowym centrum Wrocławia - hali A2, której zaletą jest, między innymi spora scena, gdzie Joel O’Keffee mógł całkiem swobodnie się bawić. A on potrzebuje naprawdę dużo miejsca! Biega i swawoli. Jego wyskoki robią wrażenie. Wykonał ich chyba z kilkadziesiąt.
Gra klęcząc, leżąc, skacząc, śpiewając, biegając. Zupełnie jakby był zrośnięty z gitarą, a granie było odruchem tak naturalnym, jak oddychanie.
W międzyczasie dżentelmeńsko przygotowuje dla siebie i wszystkich członków zespołu drinki. Ach, jak ja kocham rock’n roll w takim wydaniu! Jakbym cofnęła się w czasie w najlepsze lata koncertów rockowych.
Podobnie jak kilka miesięcy temu w Warszawie O’Keffee triumfalnie niczym Juliusz Cezar do Rzymu, wjechał na ramionach pracownika ekipy w sam środek publiczności. Nawet na chwilę nie oderwał przy tym palców od strun gitary. I podobnie jak w Warszawie rozbił sobie o głowę puszkę piwa, chrzcząc złotym trunkiem sporą część publiczności. I znów wyszło to podręcznikowo (oczywiście gdyby komuś przyszło do głowy, by takie harce opisywać w podręcznikach). I jak nie uśmiechać się na wspomnienie czegoś takiego?
W wyjątkowych sytuacjach, jeśli wokalista jest uziemiony przy mikrofonie, gitarzyści robią za niego ruch sceniczny i za plecami Joela naprawdę dużo się dzieje. Scena podczas występów Airbourne nie wycisza się i nie zasypia. Bo przecież nawet na minutę nie można pozwolić publiczności zapomnieć, że to ona jest tutaj najważniejsza. I ma wspominać ten koncert z dreszczem na plecach, niecierpliwie wypatrując kolejnej europejskiej trasy zespołu.
Wszystko na tej scenie dzieje się szybko - muzyka nie zwalnia ani na chwilę, gitary zmieniane są w biegu (czasem kilka razy w ciągu jednego utworu), nawet słowa z mikrofonu płyną z szybkością karabinu maszynowego.
Ostatnio pisząc o występie zespołu Venflon twierdziłam, że mogłabym ich na żywo słuchać codziennie. Z Airbourne chyba nie dałabym rady. To tak miażdżąca i oszałamiająca porcja mocy i energii, że przedawkowanie na pewno grozi psychicznymi efektami ubocznymi, które zresztą widać po samym zespole ;)
Koncert był szumnie reklamowany jako przyjazd do Polski następców AC/DC.
W sumie nie wiadomo czy ciągłe porównywanie Airbourne'a do starszych kolegów jest ich szczęściem czy przekleństwem. Nie da się jednak nie zauważyć nawiązań muzycznych i wokalnych do gigantów rocka. I podobnie jak u nich – gitary stanowią punkt wyjścia każdego utworu. Bardzo często prowadzą ze sobą fascynujący dialog, który intrygująco się rozkręca. Przyspieszają i zwalniają, przekomarzają się i wzajemnie prowokują, by w finalnej części utworu, uderzyć na całego. Uwagę przyciągał także Justin Street. Basista szczerze się uśmiechał, pięknie się bawił i pozostawał w ciągłym kontakcie z publicznością.
Ale to oczywiście O’Keffee gra główną rolę w tym przedstawieniu.
Ma za mało rąk, bo trzeba klaskać, trzymać piwo, grać na gitarze. Śpiewanie to już sprawa drugorzędna. A przecież śpiewa w nim wszystko. Także mimika, gesty i spojrzenie. Te oczy szaleńca to znak rozpoznawczy Airbourne.
Żeby nacieszyć oko tym, z jaką naturalnością zespół bierze we władanie wrocławską publiczność, trzeba było obserwować z boku, dość nisko, zbudowanej sceny. By jednak nacieszyć ucho w miarę wyraźnym wokalem, trzeba było stać przy stole mikserskim. Biegałam więc od boku na środek, starając się nie uronić ani sekundy z tego kipiącego energią i testosteronem, muzycznego spektaklu.
No cóż, nie oszukujmy się. Airbourne przez ostatnie pół roku nie stali się ani trochę dojrzalsi. Wcale też nie wydorośleli. I chwała im za to! Nasuwają się zatem pytania: jakim cudem zespół nie zapełnia jeszcze polskich stadionów i co też jest w tej australijskiej ziemi, że rodzi takich szaleńców…
Po więcej zdjęć z koncertu zapraszam na profil Andrzeja Olechnowskiego.
Przeczytaj także:
Sully Erna w Łodzi Guns N' Roses w Gdańsku Korn w Warszawie
W ogóle publiczność była całkiem udana.
Z warszawskiego koncertu pamiętam głównie młodych ludzi. We Wrocławiu czułam się bardziej swojsko, bo pośród młodzieży, całkiem licznie pojawiały się i osoby 30+ czy 40+. A wszyscy – bez względu na wiek – byli bardzo zaangażowani. Rozskakani i rozkrzyczani od pierwszych chwil koncertu. Airbourne osiągnął mistrzostwo w wyciskaniu z publiczności siódmych potów. Przy nich naprawdę trudno o bezruch. Muzyka, wokal i styl bycia na scenie w jakiś magiczny, ale wcale nie wymuszony sposób, wciągają publiczność w zabawę, o której wiele zespołów może tylko marzyć, nawet mocno o nią zabiegając. Pod koniec koncertu ludzie byli już porządnie zmęczeni. Czyli tak, jak być powinno.
W międzyczasie dżentelmeńsko przygotowuje dla siebie i wszystkich członków zespołu drinki. Ach, jak ja kocham rock’n roll w takim wydaniu! Jakbym cofnęła się w czasie w najlepsze lata koncertów rockowych.
Ma za mało rąk, bo trzeba klaskać, trzymać piwo, grać na gitarze. Śpiewanie to już sprawa drugorzędna. A przecież śpiewa w nim wszystko. Także mimika, gesty i spojrzenie. Te oczy szaleńca to znak rozpoznawczy Airbourne.
Po więcej zdjęć z koncertu zapraszam na profil Andrzeja Olechnowskiego.
Przeczytaj także:
Sully Erna w Łodzi Guns N' Roses w Gdańsku Korn w Warszawie



Na basie gra Justin Street...
OdpowiedzUsuńDziękuję!!!
Usuń