Strony

9 kwi 2019

Kiedy powstają legendy. Godsmack w Warszawie

Godsmack relacja z koncertu w Warszawie
www.facebook.com/Godsmack

Mam ostatnio szczęście do oglądania na żywo prawdziwych scenicznych koneserów, którzy stanowią z tą sceną jedność i można odnieść wrażenie, że się na niej urodzili. To mistrzowie koncertowego savoir vivre’u, pełni energii, uroku i doskonałego wyczucia potrzeb swojej publiczności. Mowa o Mylesie Kennedym, którego kilka tygodni temu słuchaliśmy w łódzkiej Atlas Arenie oraz o Sullym’m Erna, który wraz z resztą zespołu Godsmack wystąpił w warszawskiej Progresji.


Amerykanie odwiedzili Warszawę promując When Legends Rise - siódmą płytę w swoim dorobku. Utwór o tym samym tytule rozpoczął zresztą wtorkowy koncert. Bilety na to wydarzenie sprzedały się na pniu. Na moje szczęście zespół jakiś czas później ogłosił drugi koncert w Krakowie, więc część mieszkańców tego miasta zrezygnowała z udziału w warszawskim wydarzeniu. I chciała odsprzedać bilety. Dzięki temu mogłam uczestniczyć w tym koncercie i opisać swoje po nim wrażenia. 

Sceptyków muszę jednak ostrzec. Będą zachwyty. Achy i ochy. Pokłony i peany. Będzie o wszystkim za co uwielbiam koncerty, bo ten właśnie koncert skumulował wszystkie cechy idealnego rockowego show.

Uwielbiam tę pozytywną, amerykańską energię – radość, naturalność, uśmiech i serdeczność. 


Europejskie zespoły często mają z tym problem. Amerykanie nie. Szczególnie Sully Erna. To magik, który oczarowuje swoją publiczność. I robi z nią co chce. Kosztuje go to mnóstwo sił, ale efekt jest powalający. Emocje rysujące się na twarzach fanów i aplauz, którego nie powstydziłyby się wielotysięczne, halowe koncerty – to wszystko zadziało się już od pierwszych chwil występu i trwało nieprzerwanie do ostatnich dźwięków bisu. 

Klimat koncertu pomogły złapać murowane i energetyczne hity jak choćby 1000hp i Cryin’ Like a Bitch grane już na początku. Mimo, że słyszałam różne opinie o jakości dźwięku, ja narzekać nie będę. W połowie sali słychać było doskonale. Gorzej z widocznością. Jak zawsze w Progresji mogłam się tylko domyślać tego, co dzieje się na scenie. A szkoda, bo przecież patrzenie na tych muzyków daje niemal tyle samo przyjemności, co ich słuchanie. 

Dobrze, że Sully od czasu do czasu wskakiwał na wzmacniacze. Mogłam się wtedy nacieszyć jego chłopięcym urokiem, który ma się znakomicie mimo kilku nowych zmarszczek. Erna bawi się muzyką, stylami, śpiewem, kontaktem z publicznością. Nawet swój zespół prowokuje do zabawy. Uwielbiam faceta!

Reszta muzyków jest dla niego tłem i chyba całkiem im z tym dobrze. 

Robią swoje i wyglądają na w zupełności usatysfakcjonowanych. Robbie Merrill to basista o wyjątkowej giętkości. Tak. Właśnie giętkości. To słowo doskonale odzwierciedla jego zachowanie na scenie. Widać, że świetnie się na niej czuje i że nadają z wokalistą na tych samych falach. Wspólne tańce i swawole są tam na porządku dziennym. 

Shannon Larkin wydaje się równie szalony. Robił przerwy w grze tylko po to, by obetrzeć pot z czoła. Nawet pałeczki leciały do  publiczności bez przerywania gry (czyżby jakaś ukryta ręka?). Perkusja zajmuje bardzo ważne miejsce w muzyce zespołu. Pewnie dlatego, że Sully Erna jest (także) perkusistą.

Najbardziej stonowany z całego towarzystwa jest Tony Rombola. Ale to oczywiste wobec tragedii, jaka niedawno dotknęła jego rodzinę. Jego solówki są jednak wciąż pełne energii, świeżości i przeszywają słuchaczy na wskroś. Jest w nich też coś nieokreślonego i chwytającego za serce – jakaś rzewność i tęsknota. Właśnie za to najbardziej lubię muzykę Amerykanów. Nie ma tutaj jednostajności czy przewidywalności. Zarówno na płytach, jak i koncertach stykają się różne style i gatunki muzyczne, od hardrocka czy grunge’u aż po etniczno-indiańskie przerywniki. Jest w tym rytm, jest melodia, jest i mocne uderzenie. Bez krztyny populizmu czy kiczu.

Tym razem po klimatycznym Voodoo na scenę dumnie wjechała obrotowa perkusja, do której Sully zasiadł z nieukrywaną radością. I znów byliśmy świadkami słynnego perkusyjnego pojedynku, który łączy w sobie kunszt grania z prawdziwą frajdą. Działo się! Mnie najwięcej przyjemności sprawiało obserwowanie jak panowie się za tymi talerzami bawią. A między uderzeniami w bębny mają jeszcze czas, by porzucać do siebie pałeczkami.

Takie sekcje instrumentalne podczas koncertu pojawiają się zazwyczaj po to, aby wokalista mógł odpocząć. No to sobie Erna odpoczął. Wygrywając na perkusji m.in. wiązankę rockowych coverów. Z kolei podczas bardzo ostrego wykonania Come Together z repertuaru The Beatles od którego Lennon przewraca się pewnie w grobie (z zachwytu!) pojawił się pojedynek na gitary. I oczywiście jedną z nich dzierżył w dłoniach Erna. Ale to solówka Romboli podczas wplecionego w utwór fragmentu Stairway to Heaven Led Zeppelin wbiła wszystkich w ziemię. Czapki z głów!

Ostatnio Godsmack’a oglądałam na żywo w Łodzi i była to kompletna porażka. 

Nie ze strony zespołu, który dawał z siebie wszystko, ale ze strony organizatorów (więcej TUTAJ). Potem byłam jeszcze na solowym występie Erny. Wokalista świetnie odnajduje się i w – nieco bardziej lirycznym i tym mocno rockowym - repertuarze. Do tego znakomity z niego gawędziarz, który nie dość, że flirtuje z publiką, to potrafi przemycać swoje prywatne przemyślenia i opowieści z życia zespołu. Przed Under Your Scars pojawił się więc przejmujący komentarz i wspomnienie Chrisa Cornella i Chestera Benningtona. Próżność słuchaczy była zaś łechtana zachwytami nad jej zaangażowaniem, dziękowaniem za gościnne przyjęcie, historią o tym, jak panowie nie mogli doczekać się polskiego koncertu. Zresztą dzień po koncercie na swoim profilu w portalu społecznościowym wokalista także zachwycał się energią warszawskiej publiczności.

Obiektywnie przyznaję, że było się nad "czym" zachwycać. Świetna publika wynagradzała niedogodności lokalowo-wizualne. Sala pękała w szwach i niemal wszyscy znali na pamięć repertuar zespołu. Zresztą fani pokazali klasę już przed koncertem, który został przełożony o kilka miesięcy z powodu śmierci syna Tony’ego. Wraz z informacją o zmianie terminu w sieci zawrzało, ale bez hejtów, zbędnych komentarzy czy fochów.

Ramię w ramię bawili się na koncercie ludzie w średnim wieku i nastolatki. 

Taki przekrój wiekowy jednak nie dziwi, wszak i zespół też już do młodziutkich nie należy. Uśmiechy na twarzach słuchaczy i członków zespołu sugerowały, że powstała tutaj, całkiem przyjemna dla wszystkich, symbioza. Z racji tego, że koncerty Godsmack to raczej męskie imprezy, Sully poprosił kobiecą część widowni, by mu się pokazała, a panów zachęcał, by użyczyli w tym celu swoich ramion. W czasie Whatever zaproszono na scenę młodziutką fankę, która mogła i pośpiewać i potańczyć i nawet poprzytulać się z zespołem.

Były jednak i minusy. 

Miałam (nie)szczęście stać obok dość trunkowego towarzystwa mocno już ogłuszonego ilością wypitego alkoholu i przeszkadzającego w trzeźwej zabawie. Niestety zapraszanie zespołów na bisy subtelnym "napierdalać" wciąż ma się znakomicie. Z niecierpliwością czekam aż ta moda przeminie.

Mimo kilku wad to był genialny koncert. I podany na surowo. Żadnych bajerów czy przeszkadzajek. Muzyka zespołu Godsmack broni się sama. Nie trzeba jej do tego ani kolorowych fajerwerków, ekranów czy strzelających konfetti. Wystarczą instrumenty i wokal. I bardzo dobrze. Tak lubię najbardziej.

Więcej zdjęć na profilu zespołu Godsmack.

Przeczytaj też:
Aibourne w Warszawie Korn w Warszawie Amon Amarth w Warszawie               

1 komentarz:

  1. No skoro już jesteśmy przy tematyce koncertowej to bierzecie również udział w koncertach, które odbywają się w teatrze? Ja czasem lubię pójść na takie wydarzenie i powiem szczerze, że chyba zajrzę sobie do takiego miejsca, jak https://teatrszekspirowski.pl/

    OdpowiedzUsuń