Wreszcie nadarzyła się okazja, by ponownie posłuchać muzyki Monster Truck. Tym razem jako gwiazdy wieczoru i w nieco innej, niż Atlas Arena, scenerii. Panowie są w europejskiej trasie i postanowili odwiedzić także Warszawę. Czy aby słusznie…? Można by o tym podyskutować.
Zacznijmy od miejsca.
Hydrozagadka to całkiem klimatyczny pub z rockowym zacięciem. Niebyt przestronny i z odbijającym się od ścian echem. Jak to zwykle w takich klubach bywa. Super miejscówka na mały koncert bandu grającego covery, których słucha się w piątkowy wieczór sącząc leniwie zimne piwko. Jednak na występ kanadyjskiego zespołu, grającego na jednej scenie z Deep Purple, Slashem, Alice In Chains… no chyba niekoniecznie. Ten muzyczny ciężar przekroczył możliwości Hydrozagadki. Ani muzycy, ani te brzmienia zupełnie tutaj nie pasowali. Choć rozumiem organizatorów, którzy właśnie tutaj zaprosili Monster Truck. Frekwencja nie należała do najliczniejszej. Delikatnie mówiąc. Kilkadziesiąt osób i totalny luz pod sceną. Większy klub nie miałby tu racji bytu.Panowie zjawili się na scenie punktualnie co do minuty. Weszli z prawdziwym kowbojskim przytupem, który słychać było aż do ostatnich dźwięków Sworded Beest. Mimo słabej frekwencji nie dawali sobie taryfy ulgowej. Z pełnym zaangażowaniem zagrali 16 utworów okraszonych surowymi gitarowymi riffami i wykrzyczanych z prawdziwą pasją.
Monster Truck gra bardzo zróżnicowaną muzykę, ale – co ciekawe – nie ma to wpływu na jej jakość.
Zazwyczaj gdy zespół bawi się stylami, jedne wychodzą mu lepiej, a w innych czuje się trochę gorzej. Tutaj nie ma takiego problemu. Wszystko czego tkną Kanadyjczycy trzyma poziom i tworzy spójną, przyjazną dla ucha i duszy, całość. Weźmy na przykład muzykę drogi. Przy Don’t Tell Me How To Live, Sweet Mountain River czy She’s A With człowiek mógłby jechać na koniec świata. Najlepiej mknąc pickupem po kanadyjskiej prerii w stronę zachodzącego słońca… Przy For The People działoby się to 30 lat temu, a my jechalibyśmy w kowbojskich kapeluszach. Ja tak chcę!Muzyka zespołu nawiązuje do najlepszych czasów muzyki rockowej, a panowie świetnie czują się w tym oldschoolowym klimacie. Zdrowego bluesowego pazura nie brakuje choćby w Devil Don’t Care i cudownie gitarowej balladzie For The Sun. Jest i punk rock (Why Are You Not Rocking) czy metalowe brzmienia (Old Train). Och… na samo wspomnienie "chodzi nóżka" a raczej główka! Zwłaszcza, że to wszystko jest podane we wpadającej w ucho oprawie i z poetycko zachrypniętym wokalem. Kocham takie głosy!
Jon Harwey to w ogóle ciekawa scenicznie osobowość.
Stylem bycia przypomina mi trochę mojego ukochanego szaleńca Joela O’Keffee z Airbourne, a głos zmierza chwilami w stronę Lemmy’ego. Wokalista łączy śpiew z graniem na basie, co jest dość rzadkim zjawiskiem na scenie muzycznej.Obok niego na pierwszy plan wysuwa się często Jeremy Widerman nie tylko za sprawą wszechobecnej gitary i jej świetnych riffów, ale też charyzmatycznego usposobienia. To on najmocniej zachęcał do zabawy i to on najczęściej wchodził w interakcje z publicznością.
Trudno jednak było nie odnieść wrażenia, że zespół nie może rozwinąć skrzydeł. A przecież pamiętam ich sceniczne szaleństwa odczyniane z prawdziwą rock’n’rollową gracją.
Mimo to zaserwowali uczestnikom koncertu miłą dla ucha energetyczną podróż muzyczną, w trakcie której jeden rodzaj rocka płynnie przechodził w drugi, a wszystko spójnie połączyły gitarowe solówki i elementy klasyki gatunków.
Każdy kto taką klasykę kocha, pokocha i Monster Truck.
Ta muzyka zaczepia i prowokuje do zabawy. Nawet nie znając repertuaru zespołu, można się było przy niej zdrowo wyszaleć.Mimo dość krótkiego czasu koncertu (70 minut) nie żałuję ani złotówki przeznaczonej na bilet i ani jednego kilometra z przejechanych ponad trzystu. Szkoda, że tak mało osób dotarło do Hydrozagadki w ten majowy wieczór. Zespołowi pewnie nie zwróciły się nawet koszty dojazdu do Warszawy. I raczej szybko do nas nie wrócą. Wielka szkoda!
Przeczytaj też:
Judas Priest w Katowicach, Metallica w Krakowie, Korn w Warszawie



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz