![]() |
| Fot. Michał Głuszak |
Nie jestem fanką Slipknot. Ot po prostu lubię i czasem posłucham. Ale ich koncerty… To już zupełnie inna bajka. Głośne, energetyczne, dopracowane w każdym szczególe. Jednym słowem pyszne! Tego w Łodzi wprost nie mogłam się doczekać.
Cenię Atlas Arenę ze względu na jakość dźwięku. Uparcie twierdzę, że to najlepiej nagłośniona hala w Polsce i ubolewam nad tym, że tak niewiele koncertów rockowych się tam odbywa. Tym razem również było dobrze, choć przyznaję, że bywało też lepiej – choćby na koncercie Slipknot w 2015 r. Chwilami słychać było ogłuszające dudnienie, w którym ginęły gitary i wokal. Ale i tak nie ma powodów do narzekań, bo sytuacja poprawiała się z utworu na utwór.
Atlas Arena była zapełniona po brzegi.
Zawsze optymistycznie nastawia mnie taki widok na koncertach wykonawców, których nie słychać w komercyjnych stacjach radiowych. Bo wydaje się, że nikt ich nie zna, nikt nie słucha… I nagle na ich koncercie pojawiają się tysiące ludzi. Skąd oni się biorą? Oprócz kilkorga muzycznych znajomych, na co dzień niezmiernie rzadko udaje mi się spotkać kogoś, kto słucha Slipknot. To jak z wyborcami PiS. Niby nikt na nich nie głosuje, a wygrywają każde wybory.
6 lutego fani Slipknot wyszli ze swoich metalowych podziemi.
Na szczęście nie siedzieli w nich długo, bo przecież zespół odwiedził Polskę zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy to był jedną z gwiazd Mystic Festival. Zresztą chwilę po łódzkim koncercie Amerykanie ogłosili kolejną wizytę – już w sierpniu 2020 zagrają w gdańskiej Ergo Arenie.
O występie rozgrzewającego publiczność zespołu Behemonth niewiele jestem w stanie napisać, bo widzieliśmy się zaledwie przez chwilę. Zdążyłam jednak zwrócić uwagę na doskonale dopracowaną grę świateł podczas tego (zbyt) krótkiego koncertu. Panowie nie tracili cennego czasu na pogaduchy z publicznością, tylko sprawnie serwowali kolejne utwory, a ich makijaż i cała oprawa występów niezmiennie kojarzą mi się raczej z muzycznym teatrem niż typowym koncertem metalowym.
Slipknot wkroczył na scenę z przytupem zapodając Unsainted, by przez przez kolejne 90 minut zaserwować dość przekrojowy materiał.
Oprócz otwierającego koncert utworu, z najnowszego krążka We Are Not Your Kind pojawiły się jeszcze trzy piosenki – Nero Forte, Soloway Firth i Birth of The Cruel. Wiele ciepłych słów Taylor poświęcił debiutanckiej płycie, która obchodzi 20-te urodziny. Zespół zagrał z niej aż pięć piosenek w tym Waid And Bleed i (sic). Oczywiście największy aplauz wzbudzały znane i kochane nie tylko przez fanów: Psychosocial, Before I Forget czy Duality. Mnie z tym zestawieniu zabrakło stuprocentowego hitu The Devil In I.
Slipknot ma coś w sobie.
Właściwie zanim wybrzmiały pierwsze dźwięki koncertu, publiczność już była na granicy ekstazy. Czy to zasługa tego mistycznego wizerunku, czy dwóch ogromnych zestawów bębnów, czy płonącej gitary basowej, czy niezwykle dopracowanej scenografii i efektów… Trudno określić co tak działa, ale od pierwszej sekundy płyta bawiła się pięknie. Tak aktywna i elastyczna publiczność to już połowa udanego koncertu.
Kosmicznie wyglądająca scena zbudowana była ze świetlnych bloków, miała dwa piętra, mnóstwo przejść, schodów, podestów i efektownie wyeksponowanych zakamarków. Nie wiem ile tam było źródeł różnych świateł i wyświetlaczy, ale pewnie setki jeśli nie tysiące. Ogromnym ich plusem było to, że – mimo ciągłej pracy – nie oślepiały publiczności, raczej dobrze podkreślały to, co się działo na scenie. A działo się wiele! Chwilami aż za dużo…
Podczas całego koncertu publiczność była bombardowana mnóstwem bodźców – ogniste wybuchy, szalejące światła, scena na której ciągle ktoś gdzieś biegnie i/lub skacze jak opętany. I jeszcze Taylor, który śpiewa na zmianę głosem anioła i takim wprost z głębi piekieł. Mam słabość do takich niejednostajnych, nieprzewidywalnych wokali. Do tego frontmana wszędzie jest pełno. Aż sprawdziłam w jakim jest wieku, bo energii miał chyba jeszcze więcej niż 5 lat temu. Trudno uwierzyć, że przecież całkiem niedawno miał operację kręgosłupa. Wokalista jest zaangażowany w każdą minutę koncertu, ale takie zaangażowanie kosztuje – kilkakrotnie między utworami pojawiały się dość długie przerwy, przez które tempo mocno wyhamowywało. Dobrze, że ta młoda publiczność szybko dawała się znów porwać zabawie, ale z inną publiką mógłby być tutaj kłopot.
Brak interakcji w zespole Corey Taylor rekompensował świetnym kontaktem z fanami. Wiele razy łechtał ego łódzkiej publiczności, dziękując za wsparcie i chwaląc zaangażowanie. Miłe słowo popłynęło też w stronę zespołu Behemoth.
Osobnymi gwiazdami tego wieczoru były talerze i bębny, bo to one nadawały rytm całej koncertowej maszynie.
Nie można przejść obojętnie obok ciężkiej pracy, jaką wykonuje w zespole Jay Weinberg. Do tego bębniarze pracujący na specjalnych podestach, którzy dawali osobny spektakl. Grali, tańczyli, robili chórki i wprowadzali niezwykły nastrój. Są jednocześnie fascynujący i przerażający. Trudno było oderwać wzrok zwłaszcza od, najmłodszego w rodzinie - Michaela Pfaffa. Jego szaleństwo, energia i pasja po prostu hipnotyzują.
Nie zapominajmy, że ekipa Slipknot to aż dziewięciu chłopa.
Każdy z panów jest w ruchu, więc i na zupełnie surowej scenie, trudno byłoby za nimi nadążyć. A co dopiero na takiej, która mieni się milionem świateł i właściwie sama robi osobne show. Nawet gdy muzycy gdzieś przechodzą, zmieniają podest czy obstawiają tył sceny i są z pozoru niewidoczni, nie przerywają swojego przedstawienia i charakterystycznej choreografii.
Tyle testosteronu na jednej scenie musi się skończyć mocnym pier... wróć – miało być –koncertowym uderzeniem, które trafia prosto w serce. Po czymś takim trudno uspokoić zwichrowane zmysły. A gdy tylko się uspokoją, to co się robi? Biegnie się kupić bilety na kolejny koncert Slipknot!
Przeczytaj też:
Ciekawe koncerty 2020, Korn w Warszawie, Judas Priest w Katowicach

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz