![]() |
| Fot. Michał Głuszak |
Kiedy Five Finger Death Punch ogłosili
szczegóły europejskiej trasy koncertowej, w polskich internetach rozpętała się
prawdziwa burza. Bo jak to, żeby sobie zaprosili Megadeth, który gra przed nimi
czyli ich supportuje? Skandal! Zdeptano legendę! Jawny brak szacunku dla
starszych i lepszych. To jakaś kpina z fanów Megadeth! I tak dalej i tak dalej.
Zawsze mam problem z takim świętym oburzeniem, bo wychodzę z założenia, że
skoro dwa zespoły się w tym temacie porozumiały to chyba oznacza, że im to
pasuje, więc właściwie o co chodzi? Czy nie lepiej się cieszyć, że zamiast
jednego koncertu, zobaczymy dwa (w tym przypadku były nawet trzy) i że Dave
najwyraźniej opanował chorobę, skoro zdecydował się ruszyć w trasę? No ale
polską tradycją narodową jest to, że pomarudzić sobie trzeba. Na szczęście
tylko do koncertu. Bo po nim nikt już raczej nie marudził, a jeśli – to tylko
dlatego, że ten wieczór zbyt szybko minął.
Przez kupowanie biletów na ostatnią chwilę złośliwy los (żeby nie napisać organizator) rzucił mnie na boczne trybuny skąd, oprócz imponującego słupa podtrzymującego scenę i zasłaniającego mi wokalistów, miałam możliwość obserwowania tego, co działo się za kulisami. Muzycy byli co prawda na wyciągnięcie ręki, ale co z tego, skoro rzadko zdarzało mi się widzieć mimikę i emocje, które wyrażały ich twarze. Miałam za to doskonały widok na Dirk’a Verbeuren’a, który ma w sobie mnóstwo uroku i radości życia. Miło widzieć kogoś, kogo tak kręci to, co robi.
Przez kupowanie biletów na ostatnią chwilę złośliwy los (żeby nie napisać organizator) rzucił mnie na boczne trybuny skąd, oprócz imponującego słupa podtrzymującego scenę i zasłaniającego mi wokalistów, miałam możliwość obserwowania tego, co działo się za kulisami. Muzycy byli co prawda na wyciągnięcie ręki, ale co z tego, skoro rzadko zdarzało mi się widzieć mimikę i emocje, które wyrażały ich twarze. Miałam za to doskonały widok na Dirk’a Verbeuren’a, który ma w sobie mnóstwo uroku i radości życia. Miło widzieć kogoś, kogo tak kręci to, co robi.
O Megadeth nie napiszę niczego nowego czy odkrywczego.
To zawsze kawał dobrej muzyki, ostrej i bardzo koncertowej, do tego w wykonaniu ludzi, którzy urodzili się do tego, by grać. Ich solówki to istna symfonia dla uszu, a w nieźle nagłośnionym Torwarze, nabierały jeszcze dodatkowej mocy.
A ja – cóż począć – podobnie jak dwa lata temu, nie mogłam oderwać wzroku od Kiko Loureiro. Brazylijczyk ma w sobie coś, co mnie hipnotyzuje. Fakt, że śliczny jak z obrazka, ale przecież zazwyczaj to nie uroda muzyków mnie kręci. Co tu zatem jest grane? No właśnie! Może chodzi o zabójcze połączenie uroku, grania i zachowania na scenie…? Nie mam pojęcia, ale niezmiennie żywię do Kiko płomienne uczucia.
Megadeth zaprezentowało 11 utworów, w tym oczywiście najbardziej znane i kochane Hangar 18, Dystopia, Symphony of Destruction. Setlista różniła się odrobinę od wcześniejszych koncertów europejskiej trasy. W Warszawie usłyszeliśmy na przykład Angry Again i Mechanix.
Dave wciąż wyciąga z gitary to, co najlepsze
Czyli jakieś 200% mocy. Mimo, że trochę się postarzał, gitara w jego dłoniach nie traci młodzieńczego wigoru i pazura. Z wokalem może trochę gorzej, ale trudno oczekiwać cudów w jego sytuacji.
Ich koncert mnie zachwycił. Był lepszy od tego w 2018 roku, gdy zespół grał przed Judas Priest. Szczególna tu zasługa Mustaine’a. Zawsze odbierałam go jako profesjonalistę skupionego tylko na tym, co robił, a nie jako ciepłego i otwartego na swoich słuchaczy człowieka. Tymczasem w Torwarze był w ciągłym kontakcie z publiką. Nie znałam go z tej strony, ale bardzo podoba mi się w tej odsłonie. Jego pożegnanie z warszawską publicznością było długie i serdeczne. Oddawał fanom wszystko – frotki, kostki, nawet szalik. Miałam wrażenie, że wcale nie miał ochoty zejść ze sceny. Zresztą z moich "vipowskich" trybun podejrzałam jak zakapturzony pojawił się z boku sceny podczas koncertu Five Finger Death Punch i przez kilka piosenek obserwował, co panowie tam wyprawiali. Zresztą wcale nie dziwię się, że Mustaine podglądał, bo naprawdę było na co popatrzeć.
Muzycy z szalonym Ivanem na czele dali publiczności popalić!
Nie da się nie ubóstwiać takich koncertów, nawet gdy się nie słucha zespołu, który je daje! Ja jeszcze chwilę przed wyjściem na scenę Ameryków, byłam mocno sceptyczna. Widziałam zakulisowe przygotowania i rozgrzewkę na chwilę przed opadnięciem kurtyny i trochę przestraszyło mnie to, co zobaczyłam. Zielony dres, za duża koszulka i złoty łańcuch na szyi… Serio? Czy ja na pewno trafiłam na koncert rockowy, czy czeka mnie jakieś hip-hopowe coś?
Na szczęście szybko dziki ryk Ivana zatarł nienajlepsze pierwsze wrażenie.
![]() |
| Fot. Michał Głuszak |
Moody jest wulkanem energii, który natychmiast kupił warszawską publiczność. Jego entuzjazm był tak samo zaraźliwy przy popularnych utworach (Wash It All Away, Lift Me Up, Trouble, Sham Pain), jak i tych dobrze znanych tylko fanom zespołu. Całości towarzyszyła dobrze zgrana i dająca ciekawe efekty praca laserów, trochę wybuchających konfetti, odrobina ognia. Obyło się jednak bez przesady – tych wszystkich ozdobników było w sam raz. W pewnej chwili na scenę wjechała… kanapa i nocna lampka, a panowie wygodnie się rozsiedli, by w stonowanym świetle zanucić akustyczne Wrong Side of Haven.
Przez cały występ na scenie uwijano się jak w ukropie.
Uwagę przyciągał szczególnie Chris Kael, który nie dość, że ma mocny i donośny głos, to jeszcze jest wielki, a przy tym zwinny i szybki jak gazela. Właściwie tylko on dorównuje wokaliście ekspresją. Wśród muzyków widać wzajemną sympatię, mają świetny kontakt. Były pogaduchy i uściski. Wokalista często zwracał uwagę publiczności na pozostałych członków zespołu, kłaniając się z szacunkiem to gitarzystom, to perkusiście. Ten ostatni 12 lutego obchodził urodziny, w związku z czym na scenie pojawił się tort (którym częstowano także fanów) i odśpiewano Sto lat. Charlie Egen wydawał się szczerze zaskoczony niespodzianką, a wręcz zawstydzało go, że znalazł się nagle w centrum uwagi. Jego onieśmielenie było naprawdę urocze.
Oczywiście urodzinową "imprezę" zainicjował i rozkręcał Ivan Moody, który przez cały koncert skakał jak oszalały. Co on bierze? Gdybym nie widziała go z bliska, gotowa byłabym pomyśleć, że ma sprężyny w nogach.
Ivan to osobowość przez duże "O".
I znów potwierdza się moja teoria, że amerykańskie zespoły są o wiele bliżej z publicznością niż te europejskie. Wokalista nie dość, że cały czas pozostawał w interakcji z fanami, to wręcz uśmiechał się czy zachęcał do zabawy konkretne osoby. Szczerze zaśmiewał się ze śpiewów publiczności i swoich błędów. Przyznanie się do małej pomyłki dodaje muzykowi wdzięku i klasy oraz burzy mury między nim a słuchaczami.
Ale z mojego bocznego krateru widziałam też chwile poddenerwowania, gdy coś nie szło po jego myśli. Natychmiast było widać po nim i te negatywne wrażenia. Dla mnie to znak, że frontman jest prawdziwy, a jego występ nie jest typową grą aktorską, bo towarzyszą mu prawdziwe uczucia i emocje. Lubię spontan na koncertach, więc pod tym względem występ bardzo mi podchodził. Zresztą pod innymi względami także.
Pięcioosobowa ekipa wypełniła Torwar pasją do muzyki, ognistym temperamentem i pozytywną energią.
Ochrona co chwilę wyciągała z tłumu jakąś omdlewająca fankę. Atmosfera była naprawdę gorąca. I mimo, że nie zdążyłam na - rozpoczynający ten wieczór - Bad Wolves, wracałam do domu dokoncertowana. Usłyszałam dwa zupełnie różne zespoły, które teoretycznie nie powinny trafiać do tych samych słuchaczy, a jednak publiczność bawiła się wybornie. I niech mi ktoś powie, że muzyka nie łączy!
Przeczytaj też:
Disturbed w Warszawie, Godsmack w Warszawie, Halestorm w Warszawie



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz