 |
| Fot. Henryk Michaluk |
Jak się bawić to się bawić! Choćby w środową noc. Choćby z wizją niedotrzymania terminu projektu. Przecież jest karnawał! Z takiego założenia wyszłam kupując bilety na koncert Sepultury i Kreatora. I chyba nie tylko ja. Jak się okazało, Progresja pełna była amatorów brazylijskiej samby i niemieckiego uderzenia. Koncert wyprzedał się do ostatniego biletu, a klub pękał w szwach. Budujący to był widok.
Tradycyjnie nie udało mi się dotrzeć na wszystkie występujące tego dnia zespoły. A szkoda, bo z tego co widziałam belgijski Abortet i szwedzki Soilwork godnie wprowadziły słuchaczy w koncertowy klimat. Tego ostatniego widziałam tylko przez chwilę, ale zdążyłam wychwycić, że muzycy wkładali w swój występ mnóstwo zaangażowania, a publiczność odwzajemniła się życzliwym przyjęciem. Bardzo koncertowa muzyka, wpadające w ucho riffy i wokalista łatwo nawiązujący kontakt ze słuchaczami to idealny przepis na rozgrzanie fanów czekających na swoje ulubione zespoły.
Koncerty tego wieczoru rozpoczynały się ze szwajcarską punktualnością i stanowiły ciekawy przekrój muzycznych osobowości i scenicznego stylu.
Na Sepulturę w odświeżonym kilkanaście lat temu składzie czekało wielu polskich fanów. Równie wielu twierdziło, że ta prawdziwa Sepultura grała w Polsce jesienią, kiedy Progresję odwiedzili Max i Iggor Cavalera – ojcowie zespołu, którzy na żywo prezentowali płytę „Roots”. Mimo tego podziału i zróżnicowanych opinii, pod sceną kipiało entuzjazmem. Sepultura miała na występ tylko godzinę i odnosiło się wrażenie, że chce ją zapełnić muzyką co do sekundy. Nie marnowali czasu na dłuższe przerwy między utworami, czy pogaduchy z publicznością. Nie dawali ani sobie ani publiczności chwili na złapanie oddechu. Zabójcze tempo koncertu dało się im zresztą szybko we znaki. Na tyle, że zmuszeni byli zrobić krótką przerwę techniczną. Nikt nie miał im jednak tego za złe. Nasze typowe polskie niechlubne „Sepultura grać k… mać” szybko zostało zastąpione przez skandowanie nazwy zespołu.
Mimo średniego nagłośnienia wokalu, koncert naprawdę robił wrażenie. Choć usłyszałam też zdanie, że zespół nie dał z siebie tak wiele jak na poprzednich polskich koncertach. Wbrew, zajmującym tyły sali, malkontentom publika dawała z siebie wszystko. Odniosłam nawet wrażenie, że bawiła się intensywniej niż na późniejszym Kreatorze. Mocno akcentowana w Sepulturze perkusja bardzo w tej zabawie pomagała.
W 60 minutach Sepultura zmieściła 12 utworów, z czego jedną trzecią stanowiły kawałki z wydanego miesiąc wcześniej albumu Machine Messiah.
Resztę repertuaru w większości stanowiły doskonale znane publiczności utwory z dłuższą historią jak „Inner Self”, „Desperate Cry”, „Roots Bloody Roots” czy „Arise”. Ku zaskoczeniu wszystkich zespół schodził ze sceny bez bisów. Zupełnie jak support. Jednak trudno przecież Sepulturę nazwać supportem. Bez wątpienia była to jedna z gwiazd tego wieczoru.
Ale to właśnie przed wejściem na scenę Kreatora czuć było wśród publiczności ten, uwielbiany przeze mnie, dreszczyk podniecenia połączony z radością z tego, co wkrótce nadejdzie. I trzeba przyznać, że było to wejście w iście gwiazdorskim stylu. Na szczęście metalowym, a nie takim jakie znamy z tv i czerwonych dywanów.
Od pierwszej sekundy koncertu, gdy śpiewne gitary rozpoczęły „Hordes of Chaos”, a ja poczułam dreszcze od stóp do głów, wiedziałam już, że Kreator na żywo zdobędzie moje serce. Miłość od pierwszego dźwięku!
No cóż, już tak mnie skonstruowano, że im muzyka brutalniejsza i nie dająca się okiełznać w jakąś przewidywalność, tym bardziej do mnie przemawia. Tutaj dodatkowo przemawiał wokal, słyszalny doskonale i tak samo silny zarówno podczas wykonywania utworów, jak i rozmów z publicznością, że niemal miażdżył swoim ciężarem. Było go słychać chyba po drugiej stronie Wisły! Kilka razy podskoczyłam na dźwięk jego przejmującego krzyku mimo, że przecież byłam przygotowana do spotkań z mocnymi wokalami tego wieczora.
Petrozza mówił niewiele, ale zdążył wspomnieć występ Kreatora w 1987 roku oraz każdorazowe ciepłe przyjęcie przez polskich fanów. Próbował rozkręcać, chyba nieco zmęczoną trzema wcześniejszymi koncertami, publiczność. Jego starania przynosiły zdecydowanie lepsze skutki przy starszych utworach zespołu („People of the lie”, „TotalDeath”, „Flag of Hate” czy „Pleasure to Kill” – ostatni utwór wieczoru). Niektórzy dawno temu rozstąpili morze, a Pan Mille podczas koncertu rozstąpił tłum w Progresji…
Kreatorowi można pozazdrościć formy.
Zespół powstał gdy ja stawiałam pierwsze kroki, a po trzydziestu kilku latach na scenie zachowuje się jakby wykupił pokłady dobrej energii i ikry od całego pokolenia współczesnych nastolatków. Poczułam się przy nich bardzo stara!
Niestety wszystkiego co działo się na scenie nie mogę opisać, bo – jak zwykle w Progresji – niewiele udało mi się zobaczyć. To nie jest klub dla niewysokich kobiet zwłaszcza na koncertach, których publiczność w 90 % stanowią mężczyźni. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wreszcie mogłam sobie słuchać mruczenia gitar z przymkniętymi oczami nie myśląc o tym, że przeoczę coś ważnego. A te gitary miały co robić! Od czasu do czasu, na doskonale oświetlonej platformie nad perkusją, pojawiał się Speesy Giesler lub Sami Yli Sirnio i wtedy nawet ja mogłam fundować zmysłowi wzroku małą ucztę.
Trudno było przeoczyć także efekty specjalne, będące dość rzadkim zjawiskiem na – surowych zazwyczaj – metalowych koncertach.
Telebimy z fragmentami teledysków, białe serpentyny i konfetti zasypujące tłum pod sceną, a przede wszystkim płomienie. Niemieckim zespołom smog nie jest straszny, a zamiłowanie do zabaw z ogniem wyssali chyba z mlekiem matki. Co prawda do mistrzów piromanii – Rammsteina jest im daleko, ale i tak ogniste wybuchy dodały koncertu efektowności.
Koncert Kreatora okazał się dla mnie cenną lekcją.
Dzięki przekrojowej setliście mogłam porównać tego dawnego, szalonego i bardziej spontanicznego muzycznie Kreatora oraz tego współczesnego – finezyjnego i z perfekcyjnie dopracowanym uderzeniem. Ogromną przyjemność zafundowało mi także kilkoro fanów zespołu, których podglądałam sobie podczas poszczególnych utworów. Uwielbiam obserwować ludzi w średnim wieku, w których ich ukochana muzyka wzbudza nieukrywaną radość z trwającej chwili. Tak jakby nagle zbudzili się z wieloletniego i mało przyjemnego snu zwanego przez niektórych życiową rutyną. Jeden z nich powiedział nawet w przerwach między koncertami do stojącego obok kolegi "gdy się rozwiodłem, postanowiłem chodzić na metalowe koncerty i dopiero teraz wiem, że żyję". Pomyśl więc mój szanowny Mężu o tym, że Ty możesz mieć i żonę i koncerty - dwa dobrodziejstwa jednocześnie! Oto jak Sepultura i Kreator wpływają również na uświadamianie sobie ogromu doświadczanego w życiu szczęścia!
Na profilu AIR DRIFT PHOTOGRAPHY relacja fotograficzna z koncertu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz