![]() |
| Fot. Janek Fronczak Photography |
Nasze koncertowe spotkanie było wtedy właściwie nieco przypadkowe – ja akurat byłam na festiwalu w Straszęcinie, a Szwedzi akurat na nim grali. I był to najlepszy i najbardziej żywiołowy koncert tej imprezy. Mając go w pamięci i trochę marudząc na niesprzyjające okoliczności (znów tak daleko, znów środa...) kupiłam jednak bilety na marcowy występ Sabatona. Nie ukrywam, że ogromne znaczenie w podjęciu tej decyzji miał tym razem zespół supportujący Szwedów – niemiecki Accept. Zresztą supportujący to chyba nie najlepsze słowo, zważywszy, że Niemcy grają od 40 lat (!) i są określani jako jedna z legend metalu. I to właśnie dzięki nim pojawiłam się na tym koncercie. I chyba nie tylko ja.
Wcześniej trochę się naczytałam wojenek komentarzowych na temat tego, że jak to, że legenda z jakimś Sabatonem, że Sabaton gwiazdą, że tak być nie powinno, że skandal, żenada… Nasza narodowa słabość do szukania dziury w całym i negowania (przemyślanych przecież) decyzji. A może dzięki tej łączonej trasie szeroka publiczność Sabatona mogła posłuchać ostrzejszego grania na żywo? I mogła się do takiego grania przekonać. Skoro więc zespołom odpowiadał ten skład, skoro muzycy wyglądali na zadowolonych z takiego stanu rzeczy, skoro umówili się na wspólną trasę, to… kim my jesteśmy, by to oceniać. Publiczność zgromadzona na Torwarze mogła więc uczestniczyć w dwóch zupełnie innych, ale równie ciekawych koncertach. I wyglądała na zadowoloną.
Tym razem z premedytacją nie pojechałam na pierwszy występ 1 marca.
Podejrzany w sieci Twiling Force zupełnie do mnie nie trafił. Postanowiłam rozpocząć ten wieczór od razu mocnym uderzeniem. I dostałam takie od zespołu Accept. Zapamiętam ten koncert na zawsze. Bo czegoś takiego nie da się zapomnieć...
Od pierwszych taktów "Stampede" aż do ostatnich dźwięków "Balls to the Wall" scena żyła swoim własnym życiem, a muzyka bez litości wdzierała się do niewinnych dusz zgromadzonych na Torwarze słuchaczy.
Rzadko zdarzają się koncerty, na których jednocześnie chcę szaleć, zamykać oczy i wsłuchiwać się w śpiew gitary oraz nie uronić ani sekundy z tego, co dzieje się na scenie. Miotałam się więc między lornetką, klaskaniem, krzykiem, skakaniem i odpływaniem w takt muzyki. Zwłaszcza, że co chwilę pojawiały się dźwięki klasyków jak choćby "Metal Heart", "Princess of the Dawn" czy "London Leatherboys". We wszystkich gitara wyprawiała nieprawdopodobne harce. Była na zmianę skoczna i rzewna, agresywna i delikatna. Zmieniała swoje oblicze pod magicznym dotykiem palców Wolfa Hoffmanna, który zresztą czarował nie tylko palcami.
O jego uśmiechu krążą legendy. I nic dziwnego, bo ten uśmiech jest olśniewający. I towarzyszy mu przez cały koncert. W ogóle Hoffmann jest najbardziej zapracowanym muzykiem w zespole. Wszędzie go pełno, jest niekwestionowaną gwiazdą i wizytówką grupy. Nie dość, że ciągle się uśmiecha, to jeszcze biega po scenie cały czas rozkręcając publiczność gestami i bardzo wyrazistą mimiką. Nawet na sekundę nie traci kontaktu z ludźmi. A do tego (taki mały szczegół) gra solówki, które zapierają dech w piersiach. Odnosi się wrażenie, że tak kocha to, co robi, że wręcz nie może doczekać się, kiedy znów jego gitara zawładnie publicznością. Potem domaga się (zasłużonych!) owacji. Ja zdarłam na nich gardło, a i tak nawet w połowie nie pokazałam jak bardzo podobało mi się to, co wyprawiał z gitarą. To on i Mark Tornillo stanowią pierwszy plan na scenie. Inni muzycy pozostają nieco w tle. Choć także bardzo aktywni, nie mieli szans w starciu z siłą temperamentu gitarzysty i wokalisty. Perkusista podrzuca pałeczki między uderzeniami w talerze, a reszta zabawia się tańcami synchronicznymi na scenie. Ale trudno to wszystko wychwycić, bo trzeba wtedy odrywać wzrok do Wolfa!
Rzadko zdarzają się koncerty, na których jednocześnie chcę szaleć, zamykać oczy i wsłuchiwać się w śpiew gitary oraz nie uronić ani sekundy z tego, co dzieje się na scenie. Miotałam się więc między lornetką, klaskaniem, krzykiem, skakaniem i odpływaniem w takt muzyki. Zwłaszcza, że co chwilę pojawiały się dźwięki klasyków jak choćby "Metal Heart", "Princess of the Dawn" czy "London Leatherboys". We wszystkich gitara wyprawiała nieprawdopodobne harce. Była na zmianę skoczna i rzewna, agresywna i delikatna. Zmieniała swoje oblicze pod magicznym dotykiem palców Wolfa Hoffmanna, który zresztą czarował nie tylko palcami.
O jego uśmiechu krążą legendy. I nic dziwnego, bo ten uśmiech jest olśniewający. I towarzyszy mu przez cały koncert. W ogóle Hoffmann jest najbardziej zapracowanym muzykiem w zespole. Wszędzie go pełno, jest niekwestionowaną gwiazdą i wizytówką grupy. Nie dość, że ciągle się uśmiecha, to jeszcze biega po scenie cały czas rozkręcając publiczność gestami i bardzo wyrazistą mimiką. Nawet na sekundę nie traci kontaktu z ludźmi. A do tego (taki mały szczegół) gra solówki, które zapierają dech w piersiach. Odnosi się wrażenie, że tak kocha to, co robi, że wręcz nie może doczekać się, kiedy znów jego gitara zawładnie publicznością. Potem domaga się (zasłużonych!) owacji. Ja zdarłam na nich gardło, a i tak nawet w połowie nie pokazałam jak bardzo podobało mi się to, co wyprawiał z gitarą. To on i Mark Tornillo stanowią pierwszy plan na scenie. Inni muzycy pozostają nieco w tle. Choć także bardzo aktywni, nie mieli szans w starciu z siłą temperamentu gitarzysty i wokalisty. Perkusista podrzuca pałeczki między uderzeniami w talerze, a reszta zabawia się tańcami synchronicznymi na scenie. Ale trudno to wszystko wychwycić, bo trzeba wtedy odrywać wzrok do Wolfa!
Członkowie zespołu są piękni.
Piękni żyjącą w nich muzyką, którą przez lata grania przesiąknęli do szpiku kości. Wigoru i kondycji można im tylko pozazdrościć. W obcisłych bojówkach i koszulkach wyglądają świetnie! A to co robią na scenie nie jest sztuczne i nastawione na efekciarstwo. To bezkompromisowe uderzenie doprawione rasową, rockową osobowością muzyków. Metal to styl ich życia, a nie po prostu granie koncertów. I to daje im przewagę nad większością młodych zespołów.
![]() |
| Fot. Janek Fronczak Photography |
Znajomy skwitował moje zachwyty nad koncertem "Bo Norwegowie i Niemcy metal mają we krwi". Nie da się z tym nie zgodzić, biorąc pod uwagę niedawny koncert Kreatora w Progresji i ten marcowy na Torwarze. Rzadko można zobaczyć na żywo zespół grający z taką pasją i zaangażowaniem. Zespół, który wydaje się mieć niezużyte pokłady energii i ikrę do grania do końca świata, albo nawet dłużej. Doświadczenie starych wilków scenicznych i energia 20-latków skutkują koncertem przez wielkie K.
Jestem wredną babą. Do tego lubię marudzić, więc bardzo się starałam wychwycić negatywne strony tego występu. Ale… Koncert zespołu Accept był jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym koncertem, na jakim byłam od bardzo dawna. Czy miał jakąś wadę? Tak! Był zbyt krótki! Godzina koncertu minęła niczym kwadrans, a ja zostałam z poczuciem zachwytu i niedosytu.
I tak jak mocną stroną panów z Accept jest dojrzałość i sceniczne doświadczenie, tak Sabaton zdobywa spore grono wielbicieli młodością i (przynajmniej pozorną) spontanicznością.
I tak jak mocną stroną panów z Accept jest dojrzałość i sceniczne doświadczenie, tak Sabaton zdobywa spore grono wielbicieli młodością i (przynajmniej pozorną) spontanicznością.
Polska publiczność kocha Szwedów, zawsze licznie stawia się na ich koncerty i bawi się na nich znakomicie. Nie wiem czy to dlatego, że fani Sabatona to młodsze pokolenie, czy dlatego, że zespół potrafiłby zachęcić do zabawy nawet skałę. Mimo, że wyreżyserowany, muzyczny spektakl Sabatona wciąż wzbudza entuzjazm i szaleństwo wśród jego fanów. Ja tym razem dość długo "przestawiałam się" na taki rodzaj koncertu po surowym występie zespołu Accept. Wojenne sceny na telebimach, wybuchy, półnadzy wojownicy i pogaduchy z publicznością wybijały mnie z rytmu zamiast zachwycać. Z każdą chwilą było jednak coraz lepiej. Ogromna w tym rola zaangażowanej na 100% publiczności, która zarażała aktywnością, świetnie się bawiła i śpiewała z wokalistą wszystkie utwory.
Polska publiczność kocha Szwedów, zawsze licznie stawia się na ich koncerty i bawi się na nich znakomicie. Nie wiem czy to dlatego, że fani Sabatona to młodsze pokolenie, czy dlatego, że zespół potrafiłby zachęcić do zabawy nawet skałę. Mimo, że wyreżyserowany, muzyczny spektakl Sabatona wciąż wzbudza entuzjazm i szaleństwo wśród jego fanów. Ja tym razem dość długo "przestawiałam się" na taki rodzaj koncertu po surowym występie zespołu Accept. Wojenne sceny na telebimach, wybuchy, półnadzy wojownicy i pogaduchy z publicznością wybijały mnie z rytmu zamiast zachwycać. Z każdą chwilą było jednak coraz lepiej. Ogromna w tym rola zaangażowanej na 100% publiczności, która zarażała aktywnością, świetnie się bawiła i śpiewała z wokalistą wszystkie utwory.
Wspaniała interakcja zespołu i słuchaczy to znak firmowy Sabatona, który nigdy nie zapomina o połechtaniu ego polskich fanów.
Trzeba przyznać, że Szwedzi wkładają w tę dobrą współpracę ogromne pokłady energii i przygotowań. Sabaton na scenie to żywiołowe show, pełne zwrotów akcji i żartobliwych dialogów. Piją piwo, przeklinają po polsku, zmieniają kostiumy, strzelają, odtwarzają sceny bitew i nie oszczędzają na efektach pirotechnicznych. W tym wszystkim, na szczęście, nie zapominają również o muzyce. 17 utworów zagranych dynamicznie i bez taryfy ulgowej zaspokoiło wygłodniałą publiczność. Kilka z nich pochodziło z, promowanej na trasie, ostatniej płyty "The Last Stand", ale nie zabrakło oczywiście ukochanych przez polskich fanów "40:1", "Uprising", "Winged Hussars" nawiązujących do historii naszego kraju. Na mnie wrażenie zrobiło akustyczne wykonanie "The Final Solution" ze świetnym zabiegiem odbicia lustrzanego zespołu i publiczności na telebimie. Koncert zakończyło brawurowe wykonanie "To Hell and Back" przy którym nawet nielicznym zdystansowanym słuchaczom trudno było ustać w miejscu.
"Tańce, hulanka, swawola; Ledwie karczmy nie rozwalą" pisał wieki temu Mickiewicz, a słowa te nie tracą na aktualności w odniesieniu do występów Sabatona.
To był wspaniały wieczór. Torwar, w którym – wydaje się jakby to było wczoraj – oglądałam ostatni polski występ Motorhead, znów dostarczył mi ogromnej dawki dobrych emocji i wrażeń. Zgromadzony tłum otrzymał chleb w postaci niemieckiego uderzenia i igrzyska, których dostarczył Sabaton. Osobnym tematem jest jeszcze koncertowe oddanie i ekspresja, zaprezentowane przez rozbawionych fanów. Z taką publicznością można góry przenosić! Sabaton to wie. I docenia.
Galeria z koncertów dostępna na profilu Janek Fronczak Photography.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz