Strony

7 kwi 2017

Jak wykończyć publiczność czyli Korn w Warszawie

Korn Warszawa 2017 Torwar relacja
Fot. Kara Rokita

Z pierwszego koncertu Korna nie pamiętam wiele poza rozświetlonym błyskawicami niebem. Aura nie była zbyt łaskawa dla publiczności na Impact Festivalu w 2013 r. Mój drugi koncert zespołu wyniknął trochę przypadkiem. Jechałam do Łodzi na Megadeth i "przy okazji" zostałam na Kornie. Bez specjalnego entuzjazmu, bo przecież jaki jest Korn każdy widzi...


Trochę przegadany tak zwany nu metal (choć sam zespół za metalowy się nie uważa) jakoś do mnie nie przemawiał, choć – muszę to przyznać – miewa także i momenty trafiające w mój gust muzyczny. 

Tymczasem pięć minut po rozpoczęciu łódzkiego wystąpienia Korna wiedziałam już, że nie ma takiej siły, która skłoniłaby mnie do opuszczenia Atlas Areny. I że na Korna to ja już zawsze! Na spotkanie z zespołem w Warszawie jechałam już więc z pełną świadomością tego co mnie czeka i z radosnym tego wszystkiego oczekiwaniem.

Korn zaprasza na trasę zespoły, które dorównują mu kroku w tempie grania i wytwarzanej przy tym graniu energii. Jak zwykle spóźniona na rozpoczynający ten wieczór zespół Hellyeah, zdążyłam posłuchać panów z Heaven Shall Burn. Zespół z całkiem miło i grzecznie prezentującym się wokalistą pozytywnie mnie zaskoczył. Znów okazało się, że pozory mylą, bo kiedy Marcus Bischoff zaczyna śpiewać z jego ułożonego wizerunku nie pozostaje wiele (no może poza czerwoną koszulą wizytową). Wokalista wypluwał śledzionę prezentując, robiący całkiem spore wrażenie, ryk z piekła rodem. Nie mógł ustać w miejscu i mimo, że słowny dialog z publicznością prawie nie istniał, nie tracił z nią kontaktu, nieustannie zachęcając do zabawy. Z doskonałym skutkiem. Pod sceną dużo się działo! Warszawska publiczność nie dała odczuć Niemcom, że "tylko" supportują gwiazdę wieczoru. Pozytywne przyjęcia zespołu i odśpiewanie wraz nim kończącego występ utworu "Endzeit" dało przedsmak doskonałego nastawienia widzów do wszystkiego co miało się wydarzyć tego dnia na Torwarze.

Po bardzo głośnym i porażającym ilością basu Heaven Shall Burn nadszedł czas na show z Jonathanem Davis'em na czele. 

Panowie wyszli na scenę przy dźwięku syren alarmowych. Zasłony opadły i kalifornijska machina ruszyła z przytupem. Ruszyła z impetem, bo energetyczne "Right Now" mocno wspomagane przez tysiące gardeł rozgrzało – i tak gorącą atmosferę – do czerwoności. Między znanymi i śpiewanymi w towarzystwie publiczności utworami pojawiły się i dwie świeżynki z promowanej na trasie płyty "The Serenity of Suffering". Poza "Rotting in Vain" oraz "Insane" setlista nie zaskakiwała, ale też nie dawała powodów do narzekania. Zabrzmiało wiele najbardziej znanych utworów jak choćby "Make Me Bad", "Issues", "Somebody Someone", "Falling Away From Me", "Freak on a Leash". Na początku wydawało się, że Torwar polegnie akustycznie pod siłą presji (i ekspresji) muzyki Korna. Niewyraźnemu wokalowi towarzyszył dziwny pogłos, a bas zagłuszał inne instrumenty. Potem sytuacja się polepszyła, albo to moje uszy przywykły do sytuacji.

Wokalista wystąpił tym razem w kwiecistej, gustownie plisowanej spódnicy w kolorze srebra.

Ale to wcale nie kolor kostiumu sprawiał, że błyszczał na scenie. Davis’owi można pozazdrościć gibkości i elastyczności. Artysta czuje każdy dźwięk i pięknie to pokazuje. Na koncertach nie pozostawia nikomu wątpliwości, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. A jego charakterystyczny taniec bioder nabrał w tej spódnicy nowego wymiaru ;) Podczas koncertu nic nie jest w stanie go zatrzymać. Nawet gdy nie śpiewa, ciągle jest w ruchu, dlatego oderwanie od niego wzroku choćby na chwilę jest trudnym  wyzwaniem. A przecież warto było to robić, bo Davis nie jest na scenie sam.

Ukryci za swoimi dreadami – jednym ze znaków rozpoznawczych Korna – gitarzyści robią kawał dobrej, scenicznej roboty. Skromnie ustawiony z boku sceny klawiszowiec także pracuje w pocie czoła. Basista czule przytula gitarę, gdy chwilo nie zajmuje się grą. Te chwile są jednak rzadkością, bo Korn przecież basem stoi. A i – mocno akcentowana w twórczości zespołu – perkusja miała podczas występu swoje pięć minut. Nie ma co ukrywać. To nie są już młodzi dwudziestoletni, a kondycją i koncertowym poverem spokojnie prześcigają i młodszych o całe dekady.

Korn na koncertach daje z siebie bardzo wiele, żądając podobnego zaangażowania od swoich słuchaczy. 

W Warszawie panowie nie mieli powodów do narzekań. Publiczność entuzjastycznie reagowała na pierwsze dźwięki poszczególnych utworów. W ferworze zabawy nie było nawet czasu na nagrywanie telefonami! Widownia rozświetliła się smartfonami tylko na początku, gdy zespół wchodził na scenę i przed "Shoots and Ladders" gdy Davis przechadzał się po scenie przygrywając sobie na… dudach. Potem już tylko gdzieniegdzie trafiali się nagrywający. Cała reszta postanowiła cieszyć się chwilą i schowała piekielne urządzenia do kieszeni. Płyta dawała z siebie wszystko, bawiąc się na 100% mocy. Należą się jej ogromne brawa szczególnie, że zagęszczenie i temperatura osiągały naprawdę niepokojący poziom.

To ogromna przyjemność obserwować publiczność, która nie dość, że wspaniale się bawi, to jeszcze zna "swój" zespół i wie kiedy wyskoczyć z przysiadu wraz z uderzeniem gitar ("Blind"), krzyknąć, czy podnieść palce do góry ("Y'All Want a Single"). Taka jedność, solidaryzowanie się z tym, co dzieje się na scenie daje mi zawsze ogromny zastrzyk energii. Nic dziwnego, że sam Davis  postanowił połechtać ego polskiej publiczności gorliwie ją wychwalając. Zawsze odbierałam go jako bardzo skupionego na pracy człowieka, który wszelkie emocje na czas koncertu odsuwa na bok. Tymczasem w piątek wokalista sporo się uśmiechał i wydawał się bardziej rozluźniony niż na wcześniejszych koncertach.

Korn mógłby wydawać poradniki w stylu "Jak fizycznie wykończyć publiczność w pół godziny". Bo właściwie już po kilku minutach koncertu pot lał się strumieniami.  Muzyka, energia, szaleństwo, uśmiech i przyjazna interakcja między zespołem a fanami to cechy dobrego koncertu. Kierując się tymi kryteriami znów muszę przyznać, że Korn daje znakomite koncerty. Aż chciałoby się jeszcze… A przecież kolejna okazja do spotkania już niedługo w Dolinie Charlotty. 


Zapraszam do galerii fotografii koncertu na stronie kararokita.pl


Przeczytaj także:

Accept i Sabaton w Warszawie    Black Sabbath w Krakowie      Iron Maiden we Wrocławiu
     
      




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz