![]() |
| Fot. Ruda Tośka |
8 kwietnia trafiłam na koncert gwiazdy. Sugerowała
to imponująca kolejka przed wejściem do klubu oraz brak biletów już na kilka
dni przed koncertem. Imienne bilety i wpuszczanie publiczności "na listę" przywodziły na myśl Metallikę. Po przejściu procedur biletowych, jeszcze
pieczątka, potem opaska i przeszukiwanie toreb. Poczułam się jak przed bliskim
spotkaniem z zespołem światowego formatu! Dodam, że to wszystko nie miało miejsca
na Stadionie Narodowym ani nawet w Atlas Arenie. To poczciwa łódzka
Scenografia, w której tego wieczora występowały dwie charakterystyczne (i jak się
okazało bardzo popularne) muzyczne osobowości sceniczne – Zenek i zespół Nocny Kochanek.
Występ Zenka poprzedziło dyskotekowe intro i
odśpiewany (razem z salą!) utwór "Przez Twe Oczy Zielone". Taki
wstęp stanowił już jasny przekaz tonu, w jakim odbywać się będą wieczorne
koncerty. Gdyby to nie był Zenek, uciekłabym z krzykiem. Jednak On zawsze w sposób niesamowity
nawiązuje kontakt z publicznością i ma wśród niej niesamowity posłuch. Doskonale
sprawdziłby się w polityce! Groźnie zapowiedział "Nie spotkaliśmy się tu dla przyjemności,
to będzie koncert metalowy" i zgodnie z obietnicą pod sceną był ścisk, pot i
szaleństwo. Jestem fanką powera i charyzmy wokalisty Kabanosa. I to właśnie Kabanosa
spodziewałam się usłyszeć. Tymczasem pojawiły się solowe utwory Artysty, na
pierwszy rzut ucha cięższe muzycznie, tekstowo chyba także zważywszy na fakt,
że część z nich została napisana akronimami. Tak – Zenek tworzy piosenki w wymyślonym
przez siebie języku! Nie boi się eksperymentów, bawi się słowem, a wszystko
co robi na scenie – robi z przymrużeniem oka. Muzyka przeplatana jest
żartobliwymi dialogami z publicznością, a gdy już człowiek zaczyna się
zastanawiać czy jest na koncercie rockowym czy występie kabaretowym, Zenek
swoim wokalem o sile tornada przypomina słuchaczom że to muzyka jednak ma być główną
atrakcją tego spotkania. Lepszego rozgrzewacza publiczności Nocny Kochanek nie mógł sobie wymarzyć.
Muzyczne wzorce Nocnego Kochanka
Przyznaję, że na koncert Zdrajców Metalu szłam bez żadnego
przygotowania muzycznego. Postanowiłam na spontan stykając się pierwszy raz z
muzyką zespołu właśnie na koncercie. I jak to bywa w takich przypadkach, już
przy pierwszych dźwiękach umysł podjął próby "przypasowania" Nocnego Kochanka do
czegoś, co już znam. Pierwsze (i kolejne) skojarzenia to oczywiście Iron
Maiden. Gitary, wokal, sposób śpiewania, a nawet zachowanie na scenie –
wszystko to przywodziło mi na myśl Anglików. Czy to źle? Wręcz przeciwnie!
Można mieć przecież znacznie gorsze muzyczne źródła… Każdy muzyk ma chyba
jakieś wzorce, które kocha, z którymi się utożsamia i które znacząco wpływają
na tworzoną przez niego muzykę. Iron Maiden przewijał się więc w mojej głowie z
większą i mniejszą intensywnością przez cały występ Nocnego Kochanka. Chwilami
myślałam sobie nawet, że gdyby Anglicy tworzyli bardziej kabaretowy rodzaj muzyki,
z powodzeniem mogliby zostać Night Lover.
Zespół wokalem stoi
Mimo tego, że zespół gra kawał naprawdę soczystej
muzyki, Nocny Kochanek to przede wszystkim wokal. Od chwili gdy Krzysztof
Sokołowski wyłania się zza kulis, aż po ostatnie sekundy koncertu, scena jest
jego pełna. Głównie dzięki artykułowanym przez niego dźwiękom. Ten głos
naprawdę robi wrażenie! Miażdżący i wibrujący ma w sobie jakąś tajemniczą głębię,
a może obietnicę. Bo odnosiłam wrażenie, że wciąż nie zaprezentował pełni
swoich możliwości i że wciąż może bardziej, mocniej, potężniej. Krzyk
przechodzi w pisk, a ten w potężny ryk. Tak. Wokal Sokołowskiego był dla mnie
wspaniałą niespodzianką tego koncertu.
Wizytówką Nocnego Kochanka stały się prześmiewcze
teksty, w których przewijają się pełne tandety czarne msze, małoletni sataniści, rubaszny seks i bardzo zakrapiane imprezy. Dużo w tym wszystkim młodości, energii, testosteronu. Ja chyba jestem
(ale tylko odrobinę!) za stara, by w pełni odbierać radosny przekaz tych prostych
tekstów. Trudno jednak odmówić ich autorom dystansu do świata i absurdalnego poczucia
humoru. Jak się okazało, byłam wyjątkiem od reguły, bo pozostałe 600 osób szczelnie
wypełniających mury Scenografii, wydawało się chwytać w lot przekaz Nocnego
Kochanka. Nieszablonowość tych tekstów najwyraźniej bardzo się podoba.
Mimo, że moim
pierwszym skojarzeniem po usłyszeniu kilku utworów był zespół "studencko-juwenaliowy" to okazało się, że
przekrój koncertowej publiczności jest o wiele bardziej zróżnicowany. Od metali
po różowe wydekoltowane bokserki z brokatem. Od gimnazjalistów po wiek przedemerytalny. Widziałam też panów w białych wizytowych koszulach! Magia Kochanka działa. Publiczność krzepko odśpiewała więc razem z muzykami rzewną
historię pewnego AndŻeja, tytułową
piosenkę ostatniej płyty "Zdrajcy Metalu", edukacyjne "Pierwszego nie
przepijam" i "Jestem dziabnięty" czy szeroko znaną "Piątunio" oraz kilka innych
utworów, w tym pastisz piosenki "Takie tango". Tak zgrana zabawa publiczności
mogła mieć miejsce dzięki bardzo zaangażowanej pracy zawiadowcy. Także tutaj
Krzysztof Sokołowski pokazał się z jak najlepszej strony. Ani na sekundę nie
zapominał o swoich słuchaczach, nieustannie zachęcając ich do współtworzenia
tego koncertu.
Siła młodości
Okazało się, że wokalista potrafi także dać krok w tył i wtedy scenę we
władanie przejmują gitarzyści. A na tych nie można narzekać! Połączenie profesjonalnego
warsztatu z siłą młodości i mocą gitar daje całkiem niezły efekt. Scena
Scenografii okazała się zbyt mała dla ilości energii, jaka się na niej
gromadziła. I mimo, że zabrakło prawdziwego metalowego piekła i szatana (poza
wcielającym się w niego Zenkiem podczas piosenki "Diabeł z piekła"), na scenie
rozgorzał prawdziwy ogień. Panowie bez wątpienia mają muzykę w żyłach. Posiadają też umiejętności
pozwalające zwykły weekendowy wieczór zamienić na sobotę z jajem.
Wpadająca w ucha muzyka i przyswajalne, łatwe w
odbiorze teksty to najwyraźniej cechy muzyki rockowej, na które jest popyt. Okazuje
się, że koncerty w stylu gali piosenki biesiadnej na metalowo to strzał w
dziesiątkę. Czas pokaże czy to chwilowa moda czy stały trend. Nocny Kochanek bez
wątpienia ma swoje 5 minut i wykorzystuje je bardzo umiejętnie. Wypracowuje
markę, zdobywa słuchaczy. Ciekawa jestem dalszej muzycznej drogi zespołu. Kto
wie, może kiedyś i tekstów posłucham z przyjemnością :)
Po fotograficzną relację koncertu zapraszam na deathmagnetic.pl
Przeczytaj także:




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz