Przygnębiona brakiem możliwości zakupu biletów na przyszłoroczny koncert Metallica, mimo koczowania przy komputerze od pierwszej sekundy sprzedaży, postanowiłam podjąć próbę odreagowania. Mam na to dwa sposoby. Mogę się upić, albo wybrać się na koncert. Z tego pierwszego przyjemności nie mam żadnej, ale koncert… To co innego! Trafiło na Huntera. Znowu. Ostatnio dość często na siebie wpadamy, a potem zdaję z tych koncertowych spotkań relacje na blogu. Żeby móc napisać tym razem coś oryginalnego i odkrywczego, musiałabym skrytykować zespół/koncert/atmosferę. Zaskoczenia jednak nie będzie. No cóż zrobić - pechowo Hunter znów pokazał świetną formę.
Czy Hunter może zaskoczyć?
Niespecjalnie się tego spodziewałam. Widywałam już zespół w koncertowych
halach, w plenerach, w małych i większych klubach. Poznałam mniej więcej ich
koncertowy "system" i sposób nawiązywania relacji z fanami. I niby wszystko
było jak zawsze, a jednak ten koncert miał sobie coś nietypowego. Jakąś zadumę i stateczność. Powodem takiego stanu rzeczy było, być może to, że zespół
przypomina na trasie rzadziej grane koncertowo utwory jak "Grabasz", "Siedem", "PodNiebny" czy "Mirror of War" z chwytającą za serce solówką.
Ta refleksyjność
występu stanowiła oczywiście prawie niezauważalny akcent w całej głośnej i
dobitnej fali muzyki i zabawy.
Hunter supportowany był przez niemiecki RELOAD.
Sympatyczna ekipa bardzo pozytywnie odebrana przeze mnie podczas supportowania Comy kilka lat temu i tym razem stanęła na wysokości
zadania. To zespół, który garnie się do grania dla polskiej publiczności i bawi
się na równi z nią. Jak skaczą to wszyscy, jak klaszczą to wszyscy.
Perkusistę roznosi
radość grania, aż trudno mu usiedzieć za talerzami. Wokalista coraz lepiej
radzi sobie po polsku, a basista swoją energią mógłby obdzielić cały Stadion
Narodowy. I jak tu nie mieć słabości do basistów! RELOAD gra wpadającą w ucho muzykę garażową, ale zdarzają się i ostrzejsze momenty. To idealny otwieracz
metalowego koncertu.
Dlaczego Hunter się nie nudzi mimo obecności na, entym już, koncercie?
Bo mimo ponad 30-tu lat na scenie zespół wciąż całkiem
nieźle się na niej bawi. Ekipa darzy się sympatią, muzykom nie brakuje pomysłów
na wzajemne żarty i psoty.
Tym razem trudno było oderwać wzrok od Pana Jelonka
w błyszczącej koszuli z żabotami prosto z cygańskiego taboru. Za to
Piotra Kędzierzawskiego zobaczyć na scenie nie było łatwo. A to dlatego, że
brylował wśród publiczności z damą swego serca – gitarą. Spędzał sporo czasu w
towarzystwie członków zespołu RELOAD, którzy umilali sobie czas zabawą wśród widowni. Dołączał też do poszczególnych grup fanów, a odchodząc całował panie po
rękach.
Większą przestrzeń sceny maksymalnie wykorzystywał Konrad Karchut,
którego wszędzie było pełno i który najczęściej nadawał tempa
koncertowej zabawie. Tradycyjnie nie musiał się mocno napracować, by rozkręcać zgromadzone
w Łodzi towarzystwo. Fani Huntera to niesamowicie aktywna publiczność. Bez
specjalnej zachęty odczuwają klimat poszczególnych utworów i pięknie to pokazują.
Przy "Trumian Show" tańczyli w parach jak na walczyka przystało, przy
skrzypcowych wstawkach rodem z Dzikiego Zachodu przechodzili do kowbojskich
tańców prosto z saloonu. Widziałam też odtańczoną Macarenę. Naprawdę! Nowością
okazało się "karaluch pogo" wykonane przez publiczność przy utworze "NieRządnicki".
Ciepła, drewniana podłoga Łódzkiego Domu Kultury okazała się sprzymierzeńcem tego
specyficznego tańca.
Jak zawsze z największym entuzjazmem spotkały się
sprawdzone koncertowo utwory jak "Rzeźnia nr 6", "Śmierci śmiech", "Imperium Uboju", "Arges", "OsieM", "Armia Boga" czy "NieWolnOść" wykonana przez Draka z niesamowitą ekspresją i
siłą wyrazu. Bez wątpienia wokalista czuje to, o czym śpiewa.
Hunter wciąż budzi emocje.
Pozytywne emocje. Zarówno
wśród tych, którzy bywają na jego koncertach regularnie, jak i "świeżynek".
Mimo, że frekwencja marcowego występu w Łodzi pozostawiała nieco do życzenia,
to zaangażowanie i zespołu i fanów pozostało na wysokim poziomie. Także ja bawiłam
się przednio mimo jednoczesnego pisania na telefonie relacji na gorąco. Strach
zaglądał mi w oczy czy aby któryś z członków zespołu nie wytknie mnie palcem
jako telefomaniaczki. Tym razem się udało. A na kolejny koncert przyjadę już z
kartką i długopisem. Jak PanBóg przykazał. Bo, że przyjadę - co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.
Zdjęcia udostępniam dzięki uprzejmości eventpack.pl. Pełna relacja fotograficzna TUTAJ.
Przeczytaj także:
Hunter w Scenografii Upojny wieczór z AlcoholicĄ Acid Drinkers w Łodzi


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz