![]() |
| Źródło: Dziennik Łódzki |
W odróżnieniu od większości kobiet
uważam, że urodziłam się za późno. Jedyną, ale jakże istotną ku takim
przemyśleniom, przesłanką jest to, że moim największym życiowym marzeniem było
i jest zobaczenie Freedie’go Mercury’ego na żywo. Marzeniem, które nigdy się
nie spełni. Bo gdy Freddie umierał, ja dopiero dorastałam i dojrzewałam do
słuchania jego muzyki. Geniusz Queen odkrywałam kilka lat później, już
jako nastolatka. A potem… Potem obejrzałam ich koncert na Wembley z 1986 roku i
nic już nie było tak samo.
To właśnie ten koncert pozwolił mi
odnaleźć swoją największą pasję, a przy tym wyzwolił we mnie taką ilość emocji,
jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Queen, a właściwie Freddie stał się
dla mnie ikoną. Mityczną koncertową arkadią, której miałam nigdy nie
doświadczyć na żywo. Pogodzona z tym faktem nie zdecydowałam się do tej pory na
obejrzenie któregoś z występów obecnego składu Królowej. Bardzo szanuję i
podziwiam muzyków zespołu, ale nie ma na świecie wokalisty, który sposobem
śpiewania, charyzmą i zachowaniem na scenie choćby zbliżył się do Freedie’go. A
ja półśrodków nie lubię. Bałam się, że słuchając Adama Lamberta na każdym kroku
będę porównywała go z Mercury’m. I że choćby przez to koncert okaże się
rozczarowaniem.
"Jeden wokalista na pewno nie podoła,
ale cały chór i orkiestra symfoniczna to co innego… To się może udać!" - z
takim nastawieniem kupowałam bilety na grudniowy koncert Queen Symfonicznie w
łódzkiej Arenie. I nie zawiodłam się. Ani chórem, ani aranżacją muzyczną, ani szefującym
całej tej zabawie Janem Niedźwieckim. Dyrygent przekonywał, że kocha Queen
miłością wierną i wieloletnią. I chyba rzeczywiście tak jest. Widać było jak wiele
serca i zaangażowania wkładał w koncert i jak zależało mu na tym, by
zgromadzona w Łodzi publiczność poczuła cały emocjonalny przekaz muzyki
Królowej. Niedźwiecki to człowiek wyjątkowo ciepły i sympatyczny.
Konferansjerkę prowadził w sposób stonowany i z dystansem do siebie samego. Żarty
były przygotowane i przez to nieco traciły na świeżości, ale muzyka zdawała się
napełniać go energią, bo już przy pierwszych jej dźwiękach przemieniał się w
prawdziwy wulkan ekspresji. Właściwy człowiek na właściwym miejscu - chciałoby
się rzec, obserwując jego zaangażowanie w każdą sekundę koncertu oraz przemianę
wizerunku z "dyrygenckiego" w rockowy.
Sam dyrygent nie jest jednak w stanie
niczego zdziałać jeśli nie stoi za nim silna orkiestra.
A ta była kolejnym
atutem grudniowego koncertu. Hollywoodzka Orkiestra Filmowa, grupa Alla Vienna
i chór Vivid Singers to imponująca, kilkudziesięcioosobowa obsada, która z
ogromnym zaangażowaniem wykonywała utwory Królowej. Chór doskonale wpasowuje
się w konwencję zespołu Queen, bo przecież sami muzycy niejednokrotnie sięgali
po tę formę śpiewu. Dzięki temu przedstawione interpretacje nie odstawały
bardzo od oryginału, a jednocześnie muzyka symfoniczna nadawała im pewnego
rodzaju doniosłości i symboliki. Czy czegoś brakowało? No oczywiście! Okazało
się, że nawet kilkudziesięciu profesjonalistów nie jest w stanie wskrzesić artyzmu
i widowiskowości, które rdzenny Queen po prostu miał we krwi. Wiadomo - Królowa jest tylko jedna.
Występ był podzielony na dwie części.
Pierwsza
kojarzyła się z bardzo klasycznym podejściem do koncertów symfonicznych –
fraki, wieczorowe suknie, a zamiast nieodzownej w muzyce Queen gitary – klarnet
lub skrzypce. Po przerwie atmosfera mocno się rozluźniła, a na scenie wreszcie
pojawiła się gitara. I dobrze, bo przecież Queen utożsamiany jest z grą Brian’a
May’a i w pierwszej części koncertu jej brak mocno mi doskwierał. Niby wszystko
zagrane było jak trzeba ale… czegoś brakowało. Przyzwyczajona do rasowych
gitarzystów na koncertach rockowych i metalowych, nie za bardzo sobie radziłam
ze sceniczną postawą (a raczej brakiem rockowej postawy) Piotra Wieczorka,
który może i gitary nie ma we krwi, ale muzycznie spisywał się doskonale.
Podobnie jak wtórujący mu na basie nie kto inny a… dyrygent Jan Niedźwiecki.
Druga część koncertu zaspokoiła apetyty
na Queen w bardziej zbliżonej do oryginału formie.
Na tę okoliczność także chór
i orkiestra przywdziali bardziej swobodne stroje. A na scenie pojawił się nie
kto inny, a… sam wokalista Królowej. Sebastian Machalski z warszawskiego Teatru
Rampa całkiem nieźle radził sobie z wokalem i gestami Freddie’go. Ubrany w żółto-biały
kostium prosto z Wembley dwoił się i troił, by zabrać publiczność w czasy
świetności Queen. Wychodziło to raz lepiej, raz gorzej, brakowało przede
wszystkim – charakterystycznej dla Mercury’ego - zadziorności w sposobie
śpiewania, ale efekt został osiągnięty. Publiczność poczuła klimat, ożywiła się
i zaczęła się bawić. A mnie na sekundę czy dwie udało się przenieść do
przeszłości. I to właśnie te kilka sekund było dla mnie najwartościowsze w całym
koncercie.
Jak to często bywa, każdy koncert ma
jakiś słaby punkt.
Tutaj okazał się nim Michał Szpak. Wokalista wykonał na scenie "Barcelonę" w towarzystwie Joanny Woś. I tak jak sopranistka poradziła sobie z
tematem naprawdę śpiewająco, dorównując kroku samej Montserrat Caballe, tak
Michał Szpak (w mojej ocenie) poległ z kretesem. Przygnieciony genialnym sopranem, nieporadnie starał się wyjść z utworu z twarzą. Być może nie trafił w
repertuar lub miał tremę. Być może przyczyna była jeszcze inna. Faktem jest, że
zepsuł mi odbiór tej pięknej pieśni. I że zapamiętam go w tej właśnie,
niechlubnej, roli.
Nierówny. Takie określenie przyszło mi
do głowy na wspomnienie projektu Queen Symfonicznie. Nie chodzi o repertuar. Ten naszpikowany był przebojami zespołu, choć przecież na zagranie wszystkich zabrakłoby doby. Problem raczej w tym, że - być może - na scenie
uruchomiono zbyt wiele "ozdabiaczy", by można było w pełni oddać się
zasłuchaniu w Królową. Dobrymi chęciami jest podobno piekło wybrukowane… A
muzyka Queen broni się przecież sama, wcale nie trzeba było ubierać jej w brokatowe
kostiumy, stonowane żarty i inne telewizyjno-marketingowe triki. Jednak koncert
dostarczył przecież wielu pozytywnych emocji i muzycznych przeżyć. Dlatego wart
był obejrzenia. I wysłuchania. Tak – przede wszystkim wysłuchania.
Przeczytaj także:




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz