Strony

2 maj 2017

Queen Symfonicznie w Łodzi. Relacja koncertu

Queen symfonicznie recenzja koncertu w Łodzi
Źródło: Dziennik Łódzki
W odróżnieniu od większości kobiet uważam, że urodziłam się za późno. Jedyną, ale jakże istotną ku takim przemyśleniom, przesłanką jest to, że moim największym życiowym marzeniem było i jest zobaczenie Freedie’go Mercury’ego na żywo. Marzeniem, które nigdy się nie spełni. Bo gdy Freddie umierał, ja dopiero dorastałam i dojrzewałam do słuchania jego muzyki. Geniusz Queen odkrywałam kilka lat później, już jako nastolatka. A potem… Potem obejrzałam ich koncert na Wembley z 1986 roku i nic już nie było tak samo.

To właśnie ten koncert pozwolił mi odnaleźć swoją największą pasję, a przy tym wyzwolił we mnie taką ilość emocji, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Queen, a właściwie Freddie stał się dla mnie ikoną. Mityczną koncertową arkadią, której miałam nigdy nie doświadczyć na żywo. Pogodzona z tym faktem nie zdecydowałam się do tej pory na obejrzenie któregoś z występów obecnego składu Królowej. Bardzo szanuję i podziwiam muzyków zespołu, ale nie ma na świecie wokalisty, który sposobem śpiewania, charyzmą i zachowaniem na scenie choćby zbliżył się do Freedie’go. A ja półśrodków nie lubię. Bałam się, że słuchając Adama Lamberta na każdym kroku będę porównywała go z Mercury’m. I że choćby przez to koncert okaże się rozczarowaniem.

"Jeden wokalista na pewno nie podoła, ale cały chór i orkiestra symfoniczna to co innego… To się może udać!" - z takim nastawieniem kupowałam bilety na grudniowy koncert Queen Symfonicznie w łódzkiej Arenie. I nie zawiodłam się. Ani chórem, ani aranżacją muzyczną, ani szefującym całej tej zabawie Janem Niedźwieckim. Dyrygent przekonywał, że kocha Queen miłością wierną i wieloletnią. I chyba rzeczywiście tak jest. Widać było jak wiele serca i zaangażowania wkładał w koncert i jak zależało mu na tym, by zgromadzona w Łodzi publiczność poczuła cały emocjonalny przekaz muzyki Królowej. Niedźwiecki to człowiek wyjątkowo ciepły i sympatyczny. Konferansjerkę prowadził w sposób stonowany i z dystansem do siebie samego. Żarty były przygotowane i przez to nieco traciły na świeżości, ale muzyka zdawała się napełniać go energią, bo już przy pierwszych jej dźwiękach przemieniał się w prawdziwy wulkan ekspresji. Właściwy człowiek na właściwym miejscu - chciałoby się rzec, obserwując jego zaangażowanie w każdą sekundę koncertu oraz przemianę wizerunku z "dyrygenckiego" w rockowy.

Sam dyrygent nie jest jednak w stanie niczego zdziałać jeśli nie stoi za nim silna orkiestra. 
A ta była kolejnym atutem grudniowego koncertu. Hollywoodzka Orkiestra Filmowa, grupa Alla Vienna i chór Vivid Singers to imponująca, kilkudziesięcioosobowa obsada, która z ogromnym zaangażowaniem wykonywała utwory Królowej. Chór doskonale wpasowuje się w konwencję zespołu Queen, bo przecież sami muzycy niejednokrotnie sięgali po tę formę śpiewu. Dzięki temu przedstawione interpretacje nie odstawały bardzo od oryginału, a jednocześnie muzyka symfoniczna nadawała im pewnego rodzaju doniosłości i symboliki. Czy czegoś brakowało? No oczywiście! Okazało się, że nawet kilkudziesięciu profesjonalistów nie jest w stanie wskrzesić artyzmu i widowiskowości, które rdzenny Queen po prostu miał we krwi. Wiadomo - Królowa jest tylko jedna.

Występ był podzielony na dwie części. 
Pierwsza kojarzyła się z bardzo klasycznym podejściem do koncertów symfonicznych – fraki, wieczorowe suknie, a zamiast nieodzownej w muzyce Queen gitary – klarnet lub skrzypce. Po przerwie atmosfera mocno się rozluźniła, a na scenie wreszcie pojawiła się gitara. I dobrze, bo przecież Queen utożsamiany jest z grą Brian’a May’a i w pierwszej części koncertu jej brak mocno mi doskwierał. Niby wszystko zagrane było jak trzeba ale… czegoś brakowało. Przyzwyczajona do rasowych gitarzystów na koncertach rockowych i metalowych, nie za bardzo sobie radziłam ze sceniczną postawą (a raczej brakiem rockowej postawy) Piotra Wieczorka, który może i gitary nie ma we krwi, ale muzycznie spisywał się doskonale. Podobnie jak wtórujący mu na basie nie kto inny a… dyrygent Jan Niedźwiecki.

Druga część koncertu zaspokoiła apetyty na Queen w bardziej zbliżonej do oryginału formie.
 Na tę okoliczność także chór i orkiestra przywdziali bardziej swobodne stroje. A na scenie pojawił się nie kto inny, a… sam wokalista Królowej. Sebastian Machalski z warszawskiego Teatru Rampa całkiem nieźle radził sobie z wokalem i gestami Freddie’go. Ubrany w żółto-biały kostium prosto z Wembley dwoił się i troił, by zabrać publiczność w czasy świetności Queen. Wychodziło to raz lepiej, raz gorzej, brakowało przede wszystkim – charakterystycznej dla Mercury’ego - zadziorności w sposobie śpiewania, ale efekt został osiągnięty. Publiczność poczuła klimat, ożywiła się i zaczęła się bawić. A mnie na sekundę czy dwie udało się przenieść do przeszłości. I to właśnie te kilka sekund było dla mnie najwartościowsze w całym koncercie.
Jak to często bywa, każdy koncert ma jakiś słaby punkt. 
Tutaj okazał się nim Michał Szpak. Wokalista wykonał na scenie "Barcelonę" w towarzystwie Joanny Woś. I tak jak sopranistka poradziła sobie z tematem naprawdę śpiewająco, dorównując kroku samej Montserrat Caballe, tak Michał Szpak (w mojej ocenie) poległ z kretesem. Przygnieciony genialnym sopranem, nieporadnie starał się wyjść z utworu z twarzą. Być może nie trafił w repertuar lub miał tremę. Być może przyczyna była jeszcze inna. Faktem jest, że zepsuł mi odbiór tej pięknej pieśni. I że zapamiętam go w tej właśnie, niechlubnej, roli.

Nierówny. Takie określenie przyszło mi do głowy na wspomnienie projektu Queen Symfonicznie. Nie chodzi o repertuar. Ten naszpikowany był przebojami zespołu, choć przecież na zagranie wszystkich zabrakłoby doby. Problem raczej w tym, że - być może - na scenie uruchomiono zbyt wiele "ozdabiaczy", by można było w pełni oddać się zasłuchaniu w Królową. Dobrymi chęciami jest podobno piekło wybrukowane… A muzyka Queen broni się przecież sama, wcale nie trzeba było ubierać jej w brokatowe kostiumy, stonowane żarty i inne telewizyjno-marketingowe triki. Jednak koncert dostarczył przecież wielu pozytywnych emocji i muzycznych przeżyć. Dlatego wart był obejrzenia. I wysłuchania. Tak – przede wszystkim wysłuchania. 

Przeczytaj także:
Black Sabbath w Krakowie,             Alter Bridge w Katowicach,           Slash w Łodzi    

          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz