The Cranberries
Piękna Dolores O’Riordan. Kobieta z charakterem. Wokalistka z pazurem. Ikona muzyki rockowej. Ta sama, która pojawiła się na scenie tak cicho i dyskretnie, że – czekając na The Cranberries – nie zauważyłam, że The Cranberries już gra! Może dlatego, że wokalistka była na scenie tylko ciałem. Jej dusza uciekała od publiczności, gdzie tylko mogła. Dolores śpiewała chodząc wzdłuż sceny, ustawiona bokiem do tłumu zgromadzonego we Wrocławiu. W nielicznych chwilach, gdy śpiewała na wprost publiczności, jej oczy uciekały gdzieś w górę. Jakby bała się spojrzeć w twarz swoim odbiorcom. Nie zauważyłam, by choć raz nawiązała kontakt wzrokowy z publicznością. Była jak w transie i sprawiała wrażenie kobiety bardzo zmęczonej życiem i tym koncertem. Szczególnie koncertem.
W pewnej chwili zaczęłam się nawet zastanawiać czy wokalistka nie jest pod wpływem środków uspokajających, ale to oznaczałoby, że cały zespół je zażywał. Oprócz gitarzysty Noela Hogana, który nie przejmując się grobowym nastrojem panującym na scenie, próbował natchnąć życiem ten przedziwny koncert. Miło było zobaczyć – dla odmiany – kogoś, kto czuje to, co robi i nie sprawia wrażenia, jakby trwająca chwila była dla niego męczarnią. Niestety jedna osoba, choćby nie wiem jak się starała, nie jest w stanie rozkręcić całego koncertu.
A że zabawa zespołu i publiczności zazwyczaj idzie w parze, także słuchaczom szybko udzielił się senny nastrój. Stało się tak, mimo, że usłyszeliśmy znane wszystkim, największe przeboje Cranberries: Zombie, Linger, You And Me, Promisses, Ode to My Family i wiele innych. Choć "usłyszeliśmy" to chyba zbyt wielkie słowo. Bo na wrocławskiej Pergoli koncerty są cicho. Zbyt cicho. W czasie gdy na scenie gra zespół, można bez problemu wysłuchać rozmowy sąsiadów, melodyjki w telefonie pana trzy rzędy za nami i – o zgrozo! – własnego głosu wtórującego wokalistom. Dobrej zabawy to z tego być nie może. Każdy zerka więc na innych niepewnie, zastanawiając się czy krzyknąć, domagać się bisu, zaśpiewać czy po prostu posłuchać sobie rozmów uczestników imprezy. Cranberries grali z takim natężeniem dźwięku, że moja domowa miniwieża spokojnie by ich zagłuszyła.
Pozornie wszystko było super – muzyka zagrana doskonale, głos Dolores wciąż przeszywający swoją czystością. Szkoda, że koncertowi zabrakło życia. Nie wiem czy to stały trend, chwilowa niedyspozycja czy gorszy dzień, ale opuszczałam Pergolę z uczuciem niedosytu i nieprzyjemną goryczą w sercu. Taką, którą czuje dziecko gdy zamiast obiecanych lodów, otrzymuje porcję brukselki.
Enter Shikari
Pozytywnym zaskoczeniem okazał się zespół Enter Shikari, którego siła przyciągania była tak duża, że wylądowałam pod sceną zostawiając całkiem smaczny i przyjemny piknik pod tulipanami.

Muzycznie panowie dalecy są od moich preferencji. Co oni właściwie grają? Nie udało mi się tego zdiagnozować przez cały koncert. Pomieszanie stylów – muzyki garażowej z elektroniczną, metalu z hip-hopem, niezłych wstawek gitarowych z odważnym eksperymentowaniem.
Totalny bałagan w muzyce i na scenie. Ten koncert okazał się prawdziwym festiwalem osobowości. Zbyt krótkie spodnie, wizytowe koszule, chabrowe skarpety, bluzy dresowe i bardzo swobodne fryzury. Każdy z muzyków był charakterystyczny i każdy zaistniał na wrocławskiej scenie, a siła wokalu kilka razy wywołała u mnie pozytywne dreszcze. Takiego zespołu nie da się zapomnieć! Cóż… jak mówi ludowe porzekadło "Co się zobaczyło, to się już nie odzobaczy". Rzucanie gitarami i wzmacniaczami, zwariowane tańce-połamańce, wspinaczki na wielkie kolumny, biegi, skoki, śmiech, radość, młodość…
Scena żyła i co chwilę obdarzała słuchaczy kolejnymi niespodziankami. Zespół dawał z siebie wszystko, nie raz wywołując u publiczności coś w rodzaju pozytywnego szoku. Pozorny chaos zaowocował świetnym koncertem. W tym szaleństwie jest metoda!
Lacuna Coil
Największe zaangażowanie wrocławskiej publiczności wywołał koncert
Lacuna Coil. I tutaj także ogromne brawa dla wykonawców, którzy nie oszczędzali
sił i głosów, by zaspokoić muzyczne smaki festiwalowiczów. Część publiczności
znała utwory zespołu, co znacznie ułatwiło wzajemne porozumienie. Cristina
Scabbia, nieszablonowa wokalistka, nie ustawała w wysiłkach, by nawiązać
pozytywne relacje. A zdolności ma ku temu znakomite! Czysty, perlisty wokal
połączony z uśmiechem i łechtaniem ego wrocławskiej publiczności to sposób na
sukces. Jeśli dodać do tego dynamiczność muzyki oraz aktywność wszystkich
członków, to ten koncert musi się udać. I rzeczywiście tak było. Dwa świetne,
ale kontrastowe wokale (Andrea Ferro śpiew ma we krwi, a jego – pełnego emocji
– krzyku nie da się zapomnieć) wiodły prym, ale ostra jak brzytwa muzyka
dotrzymywała im kroku.
Lacuna Coil to zespół z kilkunastoletnią historią i prawdziwie włoskim temperamentem.
Było mocno i głośno (nareszcie głośny koncert!), a na każdym kroku było widać, że zespół daje doskonale przygotowane show - począwszy od muzyki, na kostiumach skończywszy. To wszystko pozbawione było jednak teatralności, sztuczności i gadżeciarstwa. Nic dziwnego, że wielu uznało właśnie występ Lacuna Coil za koncert wieczoru.
Lacuna Coil to zespół z kilkunastoletnią historią i prawdziwie włoskim temperamentem.
Było mocno i głośno (nareszcie głośny koncert!), a na każdym kroku było widać, że zespół daje doskonale przygotowane show - począwszy od muzyki, na kostiumach skończywszy. To wszystko pozbawione było jednak teatralności, sztuczności i gadżeciarstwa. Nic dziwnego, że wielu uznało właśnie występ Lacuna Coil za koncert wieczoru.
Acid Drinkers
Podczas pierwszego dnia
wrocławskiej majówki pojawił się i akcent polski. Tylko jeden, ale za to jaki!
Acid Drinkers zaprezentował swoją wersję utworów legendarnego Motorhead.
Słyszałam je już na żywo w Jarocinie, kiedy to supportowany przez Slayera;)
zespół premierowo zaprezentował ten materiał. Także we Wrocławiu muzycy głośno
i pięknie wyrażali swój szacunek do Lemmy’ego i reszty. Wykonanie pozytywnie
zaskakiwało. Udało się połączyć świeże spojrzenie na – mającą już przecież
swoje lata – muzykę Motorhead z klasyką grania ich utworów. Scalenie muzyki Brytyjczyków z temperamentem Kwasożłopów daje porządnego kopa i jest bardzo
smakowitym kąskiem dla każdego fana mocniejszego uderzenia.
Na koncert poznaniaków czekałam
z niecierpliwością także dlatego, że po raz pierwszy miałam zobaczyć w akcji
świeży narybek w zespole. Robert Zembrzycki kilka miesięcy temu, w nieco
tajemniczych okolicznościach zastąpił Jankiela, który od kilku lat zajmował
lewy narożnik ringu Kwasożłopów. Jako wielbicielka niebieskich oczu Jankiela z
bólem serca muszę przyznać, że Robert "Bobby" jest znakomitym gitarzystą, który
doskonale radzi sobie w bezpośrednim kontakcie z publicznością. Na pewno jest
go na scenie więcej niż jego poprzednika. Podczas gdy Wojtek wyznawał raczej
stacjonarny tryb grania, „nowy” jest cały czas w ruchu. Najwyraźniej męczy się
stojąc nawet krótką chwilę. A jego gra naprawdę robi wrażenie. Jest
zwinna, pełna życia i pasji. Poruszająca w człowieku to, czego poruszenie wcale
nie jest łatwe. Do tego dochodzi jeszcze sympatyczny uśmiech, łatwość w
nawiązywaniu porozumienia z publicznością.
Zembrzycki to już Acid Drinkers. Nie doszyty na potrzeby chwili fragment materiału z innej tkaniny, ale integralna część zespołu, ulepiona z tej samej gliny. Na samo wspomnienie jego riffów czuję przyjemne dreszcze i już nie mogę doczekać się kolejnego spotkania z Kwasożłopami. Tym razem na Qtnoizz Fest.
Zembrzycki to już Acid Drinkers. Nie doszyty na potrzeby chwili fragment materiału z innej tkaniny, ale integralna część zespołu, ulepiona z tej samej gliny. Na samo wspomnienie jego riffów czuję przyjemne dreszcze i już nie mogę doczekać się kolejnego spotkania z Kwasożłopami. Tym razem na Qtnoizz Fest.
Publiczność
Osobny temat wrocławskiej majówki, stanowi jej publiczność. Swoje początki festiwal ma na Wyspie Słodowej i to tamte czasy wspominam najlepiej. Entuzjazm publiczności połączona z ogromnym zaangażowaniem zespołów, stanowiła idealną koncertową mieszankę. Do legendy przeszli już ochroniarze imprezy, którzy co roku między wyciąganiem setek ludzi z rozbawionego tłumu, potrafili znaleźć chwilę, by bawić się równie dobrze, co publiczność. Podczas przeprowadzki na Pergolę, ten wspaniały duch festiwalu gdzieś się zgubił. I niby wszystko jest jak dawniej – we Wrocławiu wciąż grywa pierwsza muzyczna liga, a otoczenie jest nawet piękniejsze. Tylko jakoś … duszy temu brak. Publiczność wydaje się dość przypadkowa, w dużej mierze nastawiona na piknikowanie pod chmurką, a nie zaangażowanie w koncerty. Poza kilkoma pierwszymi rzędami, nie słychać entuzjazmu, radości czy domagania się bisów. Dla takiej stonowanej publiczności nie gra się łatwo. Cale szczęście zdarza się i tak, że Pergola zaśpiewa razem z zespołem, a Hala Stulecia zadrży od oklasków. Jednak to, co jest normą na festiwalach rockowych, tutaj jest prawdziwym świętem. A ja nie ustaję w nadziei, że na wrocławską 3-Majówkę powróci duch publiczności, która każdy koncert odczuwa całym swoim jestestwem :)
Przeczytaj także:








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz