| Fot.koncertywobiektywie.blogspot.com |
Deep Purple żegna się z polską publicznością. Kolejni giganci schodzą ze sceny. Spędzili na niej 50 lat, co przekłada się na tysiące koncertów i – oczywiście – dostojny wiek muzyków. Już niedługo będą mieli razem… 350 lat! Szanuję zespoły, które wiedzą kiedy ze sceny zejść. I takie, które robią to w sposób przemyślany, z klasą i pokorą wobec swoich fanów. 23 maja znów wpadłam w objęcia purpury i – podobnie jak trzy lata temu w Poznaniu – z radością zatonęłam w jej wciągającej głębi.
Deep Purple żegna się z polską publicznością. Kolejni giganci schodzą ze sceny. Spędzili na niej 50 lat, co przekłada się na tysiące koncertów i – oczywiście – dostojny wiek muzyków. Już niedługo będą mieli razem… 350 lat! Szanuję zespoły, które wiedzą kiedy ze sceny zejść. I takie, które robią to w sposób przemyślany, z klasą i pokorą wobec swoich fanów. 23 maja znów wpadłam w objęcia purpury i – podobnie jak trzy lata temu w Poznaniu – z radością zatonęłam w jej wciągającej głębi.
Zanim na scenę wyszli dziarscy staruszkowie, Atlas Arena wypełniła się miłymi dla ucha dźwiękami tworzonymi przez młody (4lata!) kanadyjski zespół Monster Truck. Rzadko zdarzają się sytuacje, że po usłyszeniu w sieci jednego utworu zupełnie nieznanego mi zespołu, natychmiast chcę go usłyszeć na żywo. Monster Truck właśnie tak na mnie zadziałał. Dlatego dwoiłam się i troiłam, by zdążyć na support. Intuicja mnie nie zawiodła. Monster Truck idealnie wpasowuje się w konwencje Brytyjczyków.
Zespół zdobył moje serce potężnym wokalem należącym do takich, jakie lubię najbardziej – zachrypniętym, ale o miażdżącej sile, ze szczyptą agresji i garścią testosteronu. Pełen wyrazistości klawiszowiec zdawał się świetnie bawić wplatając w utwory swoje co nieco. Imponujące, gitarowe riffy jeździły natomiast po kościach i przywracały wiarę w nieśmiertelność prawdziwego rocka. Było tam sporo klasycznego bluesa, ale panowie nie uciekali od mocnego hardrockowego uderzenia. Było wreszcie gitarowe ciacho bez koszulki odczyniające na scenie pełne rockowego zacięcia dzikie tańce. Czego kobieta może pragnąć więcej na koncercie?
Zespół, jak na dobry suport przystało, doskonale rozgrzewał publiczność przed wejściem na scenę gwiazdy. Kanadyjczycy nie kryli szacunku dla Deep Purple i radości z bardzo pozytywnego przyjęcia, jakie zgotowała im Atlas Arena. Ich koncert nastraja optymistycznie. Nawet po zejściu ze sceny dinozaurów muzyki, duch dobrego, starego, klasycznego podejścia do rocka przetrwa dzięki takim zespołom jak Monster Truck. I chwała im za to!
Panowie z Deep Purple nie kazali na siebie długo czekać i od razu wiedziałam, że to będzie wyjątkowy koncert.
Bo przecież Deep Purple są ponadczasowi i tak brzmią. Ich muzyka wciąż trafia w te obszary duszy, w które trafiała kilka dekad temu, a koncertowe wykonania ich utworów wciąż napełniają energią."Strange Kind Of Woman", "Smoke on the Water", "Black Night", "The Surprising", "Lazy" czy "Hush" nadal brzmią świeżo i nie da się przejść obok nich obojętnie. Serce sceny niezmiennie stanowi wokal. Gdy on pojawia się na horyzoncie, inni cichną. A Gillan ma w głosie ten charakterystyczny pazur dzięki któremu jego słynne "mrrrau" wciąż przeszywa na wskroś. Artysta do publiczności odzywał się rzadko, ale jeśli już - to w samych ciepłych słowach.
Panowie są w świetnej kondycji. Potrafią zagrać 3 czy 4 utwory bez choćby małej przerwy. Ian Gillan może nieco bardziej przygarbiony, ale wciąż z urzekającymi dołkami w policzkach, Steve Morse jakby rzadziej się uśmiecha, ale w solówkach nadal nikt mu nie dorówna. Ta gitara wyciska z oczu łzy, a on wyciska z niej wszystko, a nawet więcej. Tylko po to, by za chwilę znów grać ostrzej i niepokornie.
Bas Rogera Glovera wciąż wbija w podłogę, a partie klawiszowe nie straciły na żywiołowości. W połowie koncertu podczas barwnego solo Don Airey przeniósł łódzką publiczność w czasy fortepianowej klasyki, której nie powstydziłby się sam Chopin, przeplatanej jednak skocznymi fragmentami powszechnie znanych przebojów, by zakończyć występ efektownym "Szła dzieweczka do laseczka". Airey i Morse osiągnęli mistrzostwo w koncertowym przekomarzaniu się między sobą, by potem te "waśnie" kończyć wspólnym finałem. Osobno także dawali, zapierający dech w piersiach, popis swoich umiejętności.
Każdy muzyk miał swoje pięć minut, które stanowiły wprowadzenie w kolejne utwory.
Jest w tym wszystkim jakiś szyk, porządek. Wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Nikt nikomu nie wchodzi w słowo ani w muzykę, nikt nikomu nie przerywa. Role są jasne podzielone, każdy wie co ma robić i robi to najlepiej jak potrafi.
Często czytam negatywne opinie na temat jakości nagłośnienia łódzkiej Atlas Areny. Nie do końca się z nimi zgadzam, być może dlatego, ze mam porównanie z innymi halami koncertowymi w Polsce. Jednak w ten majowy wieczór zadowoleni powinni być nawet najwięksi malkontenci. Podczas supportu słyszalny był każdy dźwięk, instrument, słowo. Można było niemal usłyszeć oddech muzyków na scenie. Siedząc daleko czułam się jak VIP w pierwszym rzędzie, dla którego specjalnie powstało to muzyczne wydarzenie. Deep Purple na początku słyszeliśmy tak sobie, ale przy drugim czy trzecim utworze jakość dźwięku była już znakomita.
Fani nie zapełnili co prawda Atlas Areny po brzegi, stanowili za to dość rzadki na koncertach rockowych widok, gdzie większość publiczności to dojrzała grupa 40+.
Na pierwszy rzut oka widać było emocjonalnie przywiązanie publiczności do tego, co słyszeliśmy na scenie. Jest coś takiego w tej muzyce i w tym wykonaniu, że człowiek cofa się w czasie i przenosi do świata pełnego ideałów, sentymentalnego i refleksyjnego. Świata, który w pięknym stylu wykrzykuje te swoje racje. W czasach gdy większość z prezentowanych na pożegnalnej trasie utworów powstawała, żyło się wolniej, a to pozwalało zatrzymywać się na uroku trwającej chwili. Muzyka Deep Purple na żywo wciąż ma w sobie ten dar.
Takiego koncertu było mi trzeba. Przemyślanego, profesjonalnego, bez długich monologów i wybuchających fajerwerków. Rasowego i nieprzegadanego show. Koncertu, w którym to muzyka jest na pierwszym planie, a ci, którzy ją wykonują skromnie stoją krok za nią.
Przeczytaj także:
Black Sabbath w Krakowie, Manowar w Warszawie, AC/DC i Motorhead


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz