Strony

10 cze 2017

Koncert z piekła rodem. Airbourne w Warszawie

Aiornbourne w Warszawie Proxima relacja koncertu
Fot. Photocoder - kąt fotografii różnej

Dzień Matki to wyjątkowe święto. Jedne mamy dostają czekoladki w kształcie serca, zestawy herbat albo fartuszki z napisem "supermana", a inne… bilety na koncerty. Należę do tej drugiej grupy. Choć wcale nie tryskałam entuzjazmem na myśl o podróży do Warszawy w środku tygodnia z wizją wstawania do pracy na 8-mą… No ale Airbourne is Airbourne i żadna wymówka nie miała tutaj racji bytu.


Popadłam w wygodnictwo. Tułam się po wielkich halach koncertowych i stadionach, zapominając jakie warunki grania mają zespoły, które nie zdołały jeszcze wejść do I ligi koncertowego grania. Mało subtelnie przypomniało mi o tym niskie sklepienie dusznej Proximy, w której dźwięki odbijały się głuchym echem po ścianach i suficie. 

Głównie z tego powodu niewiele mogę powiedzieć o The Heavy Clouds, supportujących Airbourne. Głos śpiewającego Wojtka Ziemby i energetyczne riffy były słyszalne tylko od czasu do czasu. Ich muzyka wpada w ucho, ale na pewno nie należy do łatwych i lekkich. Udało mi się wychwycić, że panowie całkiem nieźle radzą sobie z ciężarem grania zaledwie we trzech. Bez problemu przechodzą z nieco psychodelicznego rocka w mocne gitarowe i wokalne wejścia. To właśnie ten zadziorny, prowokujący wokal dzierży koszulkę lidera w zespole. Zaraz za nim plasuje się gitara, która w każdym utworze ma coś do powiedzenia i – trzeba przyznać – że gdy już mówi, to z sensem. Podsumowując. Jeśli chodzi o The Heavy Clouds, zdecydowanie jestem na tak!

Jednak to Airbourne obrócił w gruzy system. 

Nie tylko system. Także jakąś moją utartą wizję koncertu rockowego i tego, jak zespół może zachowywać się na scenie. Szaleństwo od pierwszego do ostatniego utworu. Ale nie takie przygotowane, udawane i pełne schematów, ale totalnie zwariowane! Pełne dziecięcej radości grania i trwającej chwili. To zespół, w którym od pierwszego dźwięku na żywo zakocha się każdy.


Mówicie, że nie znacie Airbourne? 

A czy słyszeliście kiedyś prawdziwego rock and rolla? Takiego zagranego na 200 %, pełnego pasji, eksplodującego energią, ale z klasycznymi i sprawdzonymi akcentami. Słyszeliście? Zatem i Airbourne nie są Wam obcy. Ich muzyka na koncercie to jak młodość w zastrzyku. Słuchając ich człowiekowi ubywa lat. Ja wychodziłam z Proximy o 15 lat młodsza i gotowa, by góry przenosić.


Joel O’Keeffe to Osobowość sceniczna w każdym tego słowa znaczeniu. 

Brak koszulki, imponujące wyskoki, wspinaczki na wzmacniacze… Joel jest jak kilkuletni urwis, który czyha tylko na chwilę nieuwagi, by coś zbroić. Wystarczyło, że odwróciłam na sekundę wzrok, a już rzucał się w publiczność, potem grał na gitarze niesiony falą,  by wreszcie rozbić sobie puszkę piwa na głowie. Mój Boże, trafiłam na koncert wariata! I chcę jeszcze raz! 

Cytując jedną z ikon polskiej polityki (jaki kraj, takie ikony), w jego oczach czają się kurwiki. Gdzie tam czają! One nawet nie próbują się ukrywać! Wokalista oczami wyraża wszystko. Do tego dochodzi wyrazista mimika, mnóstwo ruchu na scenie i szaleńcze tańce. A przecież Joel nie jest na scenie sam. Reszta zespołu dotrzymywała mu kroku, aż zaczęłam się zastanawiać jakim cudem w jednym zespole znalazło się czterech szaleńców. A może wszyscy Australijczycy mają takie temperamenty, co przecież już sugerowałyby początki AC/DC? Jeśli tak – nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pakować walizki!

Nic dziwnego, że scena Proximy nie dawała rady pomieścić tej ilości ekspresji, z jaką Australijczycy przyjechali do Warszawy. A że takie stany ciała i umysłu bywają zaraźliwe, wkrótce cały klub wrzał śpiewem, tańcem i wspaniałą zabawą.

Publiczność była kolejnym mocnym punktem tego wieczoru. 

Elastyczna i spontaniczna była w ciągłej gotowości, by pogować, skakać, klaskać, krzyczeć, zdejmować bieliznę i polewać się napojami rzucanymi ochoczo przez muzyków. Tempo koncertu okazało się zabójcze. Poobijani, mokrzy od potu i rzęsiście lejącego się piwa opuszczaliśmy mury Proximy. A mimo to wszyscy wyglądali na zadowolonych,  pełnych wrażeń i dobrej energii.

Australijczycy dają pstryczka w nos zmęczonym życiem i graniem zespołom. 

Dawno nie byłam na koncercie, na którym uśmiech towarzyszył mi od pierwszej do ostatniej sekundy. A gdzie w tym wszystkim muzyka? Była. Wspaniała. Żywiołowa. Bardzo rockowa. Pojawiło się sporo utworów z nieznanej mi jeszcze płyty "Breakin’ Outta Hell", ale były też takie, które mogłam odśpiewać razem z zespołem: "Ready To Rock", "Runnin Wild", "Girls In Black", "To Much, Too Young, Too Fast". Wszystkie przesycone brzmieniem gitar, rytmem perkusji i głosem niczym z piekielnych czeluści. Tak. Joel O’Keeffe anielskie ma tylko loczki, bo jego wokal to już zdecydowanie ciemna strona mocy. Nawet gdy wykrzykuje zwykłe "dziękuję" ciarki chodzą po plecach. A co dopiero gdy śpiewa!


Airbourne wykraczają poza wszelkie koncertowe normy. 

A ja uwielbiam przekraczanie granic. Zwłaszcza takie pozytywne. Podczas ich występu czułam się jak w najlepszych dla koncertów czasach, gdy takie zespoły jak Pantera gotowały fanom prawdziwe muzyczne piekło na ziemi, a publiczność dostawała przy tym spazmów rozkoszy. Ja wciąż takie mam na samo wspomnienie tego koncertu.

Więcej zdjęć na profilu Photocoder - kąt fotografii różnej


Przeczytaj także:

Accept i Sabaton,         Sepultura i Kreator,      Amon Amarth
  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz