Strony

30 lip 2017

System of a Down w Krakowie

System of a Down koncert w Krakowie
Fot. Michał Młynarczyk

Impact Festival tuła się po Polsce nie mogąc jakoś znaleźć stałej przystani. Tym razem zawitał do Krakowa w przedziwnym rozkładzie czasowym: koncerty – dzień przerwy – koncerty. Takie rzeczy tylko u nas! No ale przecież wiadomo, że ktoś kto przyjeżdża na występ Linkin Park (ostatni w Polsce, jak pokazała tragiczna rzeczywistość), nie będzie chciał słuchać System of a Down i odwrotnie. A dzień oddechu od hałasu widocznie był potrzebny wymęczonej Tauron Arenie.


System of a Down to muzyka moich czasów studenckich. Ich pierwszy koncert był dla mnie ogromnym przeżyciem. Po Łodzi został jednak pewien niedosyt. Dlatego do krakowskiego występu zespołu podchodziłam z ostrożną radością. Tymczasem było dobrze. Lepiej niż dobrze!

Występ Amerykanów poprzedził zespół Royal Republic.

Panowie których kojarzyłam z aksamitnymi krawatkami pod szyją a'la moje przedszkolne czasy i utworem When I See You Dance With Another, gdzie prezentowali taki właśnie styl, okazali się jeszcze bardziej uroczy niż na teledysku do niego. Błyszczące lakierki, zbyt obcisłe marynarki rodem z lat 50-tych i fryzury prosto spod nożyc fryzjera – no takie rzeczy mogą robić wrażenie na festiwalu rockowym!

Do tego wokal zahaczający o najlepsze big-bandowe wzorce i konferansjerka prosto z rock'n'rollowej potańcówki... Ale niech was nie przestraszy co tutaj wypisuję. Royal Republic to barwny zespół. Barwny w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W tym co robili było prawdziwe morze dobrej energii, rockowe zacięcie i mnóstwo zabawy. I na scenie i pod sceną. A dodatkowo była tam taka ilość poczucia humoru i dystansu do siebie samych, że trudno było się nie roześmiać. Nic dziwnego, że publika szybko dała się porwać tym muzycznym wodzirejom. Arena drżała oklaskami, śpiewem i śmiechem.

Muzyka Szwedów nie dość, że wpada w ucho, to jeszcze optymistycznie nakręca do życia.

Gitara wiedzie tu prym. Wszyscy muzycy sprawdzają się też wokalnie, jednak to Adam Grahn wykazuje imponujące możliwości  i głębię głosu, której nie powstydziłby się sam Elvis P. Ale gdy słucha się jego śpiewu i obserwuje gitarzystów wydaje się, że wszyscy wywodzą się, a może po prostu mają słabość, do znacznie cięższych muzycznie klimatów niż te prezentowane na scenie. Pod garniturami nie udało się Szwedom ukryć rockowych dusz. A lakierki nie przeszkadzały w zabawie. Nikt nie troszczył się o starannie ułożone fryzury podczas zwariowanych tańców na scenie. To rockowi dżentelmeni w stylu Beatlesów, którzy potrafią jednak pokazać ostre pazury. To  muzyka nie do sklasyfikowania, ale na koncertach słucha się jej wybornie!

Po występie Royal Republic nadszedł czas na starszych i bardziej doświadczonych.

System of a Down to już dojrzali panowie, co w ogóle nie ujmuje im uroku. Każdy z nich na scenie zachował swoje charakterystyczne "ja". Oczy Malakiana wciąż budzą dreszczyk, Slavo skrócił warkocz przy brodzie, ale ani trochę nie ukróciło to jego temperamentu. Tankian zmężniał, posiwiał ale jego wokal nie traci na sile. To świadomi siebie i swoich możliwości muzycy, którzy wychodzą na scenę w konkretnym celu i konsekwentnie go realizują.

Panowie byli w dobrych nastrojach. Nie było między nimi tego napięcia, które było wyczuwalne w Łodzi. Mimo, że przed koncertem na scenie pojawiły się małe dywaniki – jako przestrzeń poruszania się dla każdego z muzyków, nawet najbardziej „stacjonarnemu” Malakianowi zdarzało się opuszczać swoje terytorium, by grać obłędne solówki wirując wokół własnej osi. Serj Tankian był wyjątkowo rozskakany i roztańczony, uśmiechał się, odbijał balony, przyjmował maskotki od publiczności. To znów plus w porównaniu z łódzkim koncertem, podczas którego wydawało mi się, że myślami był bardzo daleko.

Nie zaskakiwał natomiast Slavo Odadjian.

Ten zawsze jest w formie! Uwielbiam jego wyczucie każdego dźwięku i zachowanie na koncertach. To on wnosi najwięcej życia na scenę, to on jest w ciągłym ruchu i całym sobą wyraża miłość do muzyki. Kto wie… może to właśnie on jest prekursorem mojej słabości do basistów? Nie można wręcz oderwać od niego oczu. Dopiero gdy Slavo znikał na chwilę z zasięgu wzroku, mogłam skupiać uwagę na tym, co robili inni muzycy.

SOAD jest przedstawicielem mojego ulubionego trendu koncertowego – nieprzegadanego, nieprzebajerowanego. Bo co tu dużo mówić? Wystarczy przywitać się jednym zdaniem (Tankian zrobił to w połowie koncertu) i zapytać raz czy dwa czy publiczność dobrze się bawi. Koniec. Kropka. Resztę niech powie muzyka. I rzeczywiście, panowie narzucili w Krakowie zabójcze tempo. Płynnie przechodzili z utworu w utwór nie zostawiając sobie ani publiczności chwili na odpoczynek. 30 utworów w 90 minut to niezła średnia. Pojawiły się muzyczne wizytówki zespołu: B.Y.O.B, Prison song, Aerials, Lonely Day, Lost In Hollywood i kończące koncert Cigaro, Toxicity, Sugar przy których publiczność po prostu oszalała.

Podczas Hypnotize Arena zakwitła paletą barw. 

A to za sprawą setek kolorowych balonów, które pojawiły się na widowni. Była to próba ocieplenia wizerunku polskiej publiczności w oczach zespołu. 19 lat temu nasi rodacy niezbyt przychylnie przyjęli SOAD na koncercie, rzucając w niego tym, co było od ręką. Podczas występu w Łodzi Malakian nawiązał to tej sytuacji podnosząc leżący na scenie balonik i mówiąc "Miło, że rzucacie w nas balonami zamiast bułkami i drobnymi z kieszeni". Krakowska akcja fanów pod hasłem "Weź balona dla Darona" wyraźnie sprawiła muzykom przyjemność.

Rzadko bywam na koncertach, na których śpiewają kobiety. Zazwyczaj więc trudno mi dostosować ton swojego hm… nazwijmy to "śpiewania" do męskiego wokalu. W Krakowie wreszcie trafił mi się koncert, na którym mogłam sobie popiszczeć wraz z wokalistą. Tankian słynie z rozpiętości swojego głosu – jego etniczne korzenie połączone z możliwościami wokalnymi i umiejętnościami sprawiają, że jest w stanie zaśpiewać dosłownie wszystko. Niestety wokale Tankiana i Malakiana chwilami nie prezentowały całej swojej mocy, ginąc w jakimś złośliwym pogłosie. Zespół – jak to ma w zwyczaju - zszedł ze sceny bez bisów. Byłam na to przygotowana, ale na twarzy części fanów dało się zauważyć rozczarowanie.

Mimo drobnych niedogodności muszę przyznać, że SOAD na koncertach wciąż na mnie działa. Jest jak dawna miłość, przy spotkaniu której po latach wciąż miękną kolana. 

Ich utworom daleko do romantycznych ballad, a mimo to jest w nich jakaś rzewność działające na dusze słuchaczy. To muzyka tworzona z sercem. Muzyka, w której jest ogromny przekaz emocjonalny. To jej ogromna siła, która na koncertach nabiera jeszcze większego znaczenia. Publiczność to doceniła. Już przy pierwszych taktach Suite Pee zapełniona po brzegi Touron Arena oszalała prawdziwą eksplozją radości. I tak było już do ostatniej sekundy koncertu! Publiczność była w nieprzerwanym ferworze zabawy, kilkusetosobowe ściany śmierci i pogo robiły wrażenie, a utwory były odśpiewywane z zespołem w całości. O takich zaangażowanych i pełnych pasji fanach wiele zespołów może tylko marzyć. A ja obserwując ich z trybun zastanawiałam się czy większego energetycznego kopa daje mi sam zespół, czy właśnie ta wspaniała publiczność.

Odstawmy jednak na bok analizy części składowych tego koncertu, bo one wszystkie złożyły się na doskonałą całość! System of a Down stanął na wysokości zadania, mój pesymizm dostał pstryczka w nos, sam zaś koncert trafił do ścisłej czołówki najlepszych wydarzeń muzycznych, w jakich miałam przyjemność uczestniczyć. A niełatwo tam trafić!

Po więcej zdjęć z koncertu zapraszam na stronę michalmlynarczyk.com

Przeczytaj także:


Airbourne w Warszawie              Deep Purple w Łodzi                     Korn w Warszawie
         


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz