![]() |
| Fot. K. Kolarz |
Łaskawy los pozwala mi oglądać polskie koncerty legend – Black Sabbath, Deep Purple, Motorhead, AC/DC z Brianem Johnsonem. Teraz nadszedł czas na to, by niemożliwe stało się możliwe. Bo oto nie dość, że po 23 latach od rozwodu, większość pierwotnego składu Guns N’ Roses zwarła szyki, to jeszcze wyruszyła w trasę koncertową i odwiedziła Gdańsk. To dopiero gratka!
Na występ jechałam w przekonaniu, że będę oglądać to – historyczne przecież – wydarzenie w Ergo Arenie. Dopiero na dworcu dotarło do mnie, że jadę na stadion i radość z koncertu prysnęła niczym bańka mydlana. Znam muzyczną specyfikę nowo wybudowanych polskich stadionów. Oj znam ją z jak najgorszej strony! To dzięki tej "wspaniałej" akustyce nie wiem nic z koncertów AC/DC i Metalliki w Warszawie czy Iron Maiden w Poznaniu. Jedynie Rammstein na wrocławskim stadionie otarł się o jakąś poprawność dźwięku. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego stary chorzowski stadion tak doskonale radził sobie z większymi przecież koncertami, a te śliczne, nowe nie radzą sobie z dźwiękami zupełnie.
Moje obawy potwierdziły się podczas występu Killing Joke.
Pogłos towarzyszący muzyce i bas zagłuszający wszystko inne to cechy koncertu, które zapamiętam na długo. Zaraz potem był w miarę dobrze nagłośniony wokal, który jednak „nie trafiał” w muzykę z powodu półsekundowego opóźnienia. Przez lornetkę widziałam jak Jaz Coleman śpiewa jakiś tekst, który docierał do moich uszu dopiero za chwilę. Wokalista przemierzał scenę marszowym krokiem. Jego ciemny image przywodził na myśl Ozzy'ego i nie można mu odmówić charyzmy czy talentów aktorskich. Killing Joke to zespół liczący sobie prawie cztery dekady i posiadający spory dorobek płytowy. Do mnie "odgłos rzygającej Ziemi", jak mówią o swojej muzyce artyści nie do końca trafił, ale przyznaję z lekką nieśmiałością, że jestem laiczką jeśli chodzi o twórczość Brytyjczyków i – być może – podeszłam do tego koncertu zbyt lekceważąco nie zadając sobie trudu, by wcześniej poznać dorobek zespołu.
Przed Killing Joke na scenie pojawił się zespół Virgin.
Na ten występ spóźniłam się świadomie. Pamiętam krótkie wejście Dody podczas koncertu Slasha w Łodzi i postanowiłam, że to będzie moje pierwsze i ostatnie spotkanie z wokalistką. Zupełnie nie podchodzi mi muzyczny styl, który być może sprawdza się w Sopocie czy Opolu (czytaj w Kielcach), ale na koncertach rockowych cóż... psuje klimat. Niewiele mogę więc powiedzieć o tym supporcie, ale sądząc po stonowanych reakcjach publiczności, szału nie było…
Natomiast sam koncert Guns N’ Roses zaskoczył mnie pozytywnie.
Sama przed sobą mogę już chyba przyznać, że byłam nastawiona do tego koncertu sceptycznie. Ot ludzie, którzy nawet się wzajemnie nie lubią, wyczuli okazję ogromnych pieniędzy i zdecydowali na chwilę zapałać do siebie sympatią, jechać w trasę, (być może) wydać płytę, aby potem znów (koniecznie w widowiskowy sposób) zakończyć współpracę. Tliła się we mnie obawa, że trasa zostanie zrobiona "na odczepnego", a muzycy nie włożą w nią serca. Na szczęście okazało się, że nawet nieomylna ja może czasem się mylić. Od pierwszej do ostatniej minuty trwającego 2,5 godziny koncertu, widać było zaangażowanie muzyków.
Show było przemyślane i przygotowane z dbałością o każdy szczegół.
Jego program zaplanowano w taki sposób, aby każdy muzyk miał kilka okazji do zabłyśnięcia na scenie, dając jednocześnie możliwość odpoczynku reszcie zespołu. Dzięki takiemu schematowi, muzycy wracali w światła reflektorów pełni sił i energii.
Jego program zaplanowano w taki sposób, aby każdy muzyk miał kilka okazji do zabłyśnięcia na scenie, dając jednocześnie możliwość odpoczynku reszcie zespołu. Dzięki takiemu schematowi, muzycy wracali w światła reflektorów pełni sił i energii.
Tylko ta akustyka… Pierwszy utwór rozwiał resztki nadziei. Znów pogłos i znów „niezgranie” wokalu z muzyką. No cóż, skoro nie można się było cieszyć koncertem w dobrym brzmieniu, pozostało się cieszyć warunkami wizualnymi. A tutaj chwilami rzeczywiście czas jakby się cofnął. Axl biega po scenie całkiem żwawo, a Slash w koszulce Motorhead zmienia gitary niemal przy każdym utworze i zamęcza je swoimi magicznymi palcami.
Kiedy się na nich patrzy, człowiek zaczyna się zastanawiać, który jaśniej błyszczy na scenie.
Axl przyciągał uwagę nie tylko śpiewem, ale i garderobą. Charakterystyczne
dla Guns’ów kraciaste koszule, przyciągające wzrok licznymi zdobieniami wdzianka czy kurtki we wszystkich kolorach tęczy, stanowią jeden ze znaków rozpoznawczych
tej trasy. Fantazji w doborze kostiumów mogłaby wokaliście pozazdrościć niejedna
gwiazda mediów. Wokalnie… cóż. Słyszałam już część tych utworów na żywo w
wykonaniu Mylesa Kennedy’ego podczas solowej trasy Slasha. I były wykonane
lepiej. Czyściej, mocniej, wyraźniej. Pomimo tego, to właśnie oryginalny wokal
Axla chwyta za serce, cofa w czasie o kilkanaście lat, budzi wspomnienia i
raduje duszę. W jego oczach wciąż jest ta iskra, która przekonała do niego miliony. Szybko przekonała też gdańską publiczność.
Slasha także było widać na telebimach równie często,
jak słychać. Jego wizerunek sceniczny, jego gra, a nawet sposób trzymania
gitary tworzą portret człowieka, rozpoznawalnego na całym świecie. Slash na
scenie wzbudza zachwyt. I jest to zachwyt w pełni zasłużony. Bo to nie celebryta
znany z tego, że… jest znany. To prawdziwy mistrz w swoim fachu, który zna
swoją wartość i potrafi sprzedać swój wizerunek. Ale czy to czyni go gorszym
gitarzystą? Oczywiście, że nie! Gdy zatem Slash zabiera się do pracy, reszta
muzyków ustępuje mu pola, kamera go rozpieszcza, a fani uwielbiają.
W muzyce kocham to, że mimo upływu lat, nie traci na
aktualności i, nawet przy setnym przesłuchaniu, wywołuje gęsią skórkę. Wiele z
solówek Slasha ma tę niezwykłą moc, która w Gdańsku objawiła się wielokrotnie.
Tradycyjnie nieco z boku trzymał się Duff McKagan,
który wygląda wciąż obłędnie, zupełnie jakby czas się dla niego zatrzymał.
Setlista nie stanowiła niespodzianki.
Guns N’ Roses to fabryka hitów, które bez trudu poruszały serce zgromadzonych na stadionie fanów. Ja dodatkowo odrobiłam lekcje dzięki Przyjacielowi, który przygotował dla mnie zestaw utworów koncertowych z tej trasy do słuchania podczas podróży do Gdańska. Spodziewałam się zatem kochanych przez wszystkich November Rain, You Could Be Mine, Sweet Child O’Mine, Nightrain, Paradise City. Niespodzianką nie były covery Pink Floyd (Wish You Were Here), Boba Dylana (Knockin’ on Heaven’s Door) czy The Who (The Seeker). Czekałam nawet na – kończący bis – You Know My Name, niedawno zmarłego Chrisa Cornella.
Setlista nie stanowiła niespodzianki.
Guns N’ Roses to fabryka hitów, które bez trudu poruszały serce zgromadzonych na stadionie fanów. Ja dodatkowo odrobiłam lekcje dzięki Przyjacielowi, który przygotował dla mnie zestaw utworów koncertowych z tej trasy do słuchania podczas podróży do Gdańska. Spodziewałam się zatem kochanych przez wszystkich November Rain, You Could Be Mine, Sweet Child O’Mine, Nightrain, Paradise City. Niespodzianką nie były covery Pink Floyd (Wish You Were Here), Boba Dylana (Knockin’ on Heaven’s Door) czy The Who (The Seeker). Czekałam nawet na – kończący bis – You Know My Name, niedawno zmarłego Chrisa Cornella.
Każdy koncert, w którym uczestniczyłam miał coś
charakterystycznego.
Jakąś cechę, którą wspominm nawet po latach. Co najlepiej
zapamiętam z gdańskiego koncertu Amerykanów oprócz strefy Golden Circle zajmującej
połowę (!) płyty? PROFESJONALIZM. Oczywiście – uwielbiam na koncertach spontan
i szaleństwo, ale tutaj trudno się było czegoś takiego spodziewać, a wszelkie
tego oznaki musiałyby być po prostu sztuczne. Każde słowo, krok i gest były tutaj zaplanowane i staranne dopracowane. Nie było miejsca na
przypadkowość i zmianę scenariusza, a żaden z muzyków nie próbował udawać jak
wspaniale się bawi i jaki to ten polski koncert jest inny, jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy.
Nie. Artyści po prostu z uśmiechem robili wszystko, co do nich należało, wkładając w to mnóstwo wysiłku, skupienia i zaangażowania.
Tego zaangażowania brakowało mi natomiast ze strony publiczności.
Jadąc na koncert, byłam jej bardzo ciekawa. Czy to fani,
czy ludzie chcący zaznać sentymentalnego powrotu do przeszłości, czy może
przypadkowe osoby, które chciały na żywo posłuchać legendy. Okazało się, że
wszystko razem. Na pierwszy rzut okaz widać było to zróżnicowanie publiczności,
była w niej także jakaś nerwowość (walka o miejsca!) i brak znajomości
koncertowego savoir vivre. Było jednak także pozytywne nastawienie i
entuzjastyczne reagowanie na pierwsze takty ukochanych utworów. Zabrakło jednak
tego ognia, tej zupełnie zwariowanej radości, którą obserwowałam zaledwie 4 dni
wcześniej w Krakowie na System of a Down.
Daleko mi do fanki Amerykanów, ale przecież trudno
nie doceniać bałaganu i hałasu, jakiego swego czasu narobili w muzyce. To
niekwestionowane gwiazdy muzyki rockowej, które wciąż robią wrażenie i które
chciałoby się już zobaczyć na scenie jeszcze raz. A potem kolejne...
Po więcej zdjęć zapraszam do galerii na Facebooku.

Przeczytaj też:
Iron Maiden we Wrocławiu Deep Purple w Łodzi Black Sabbath w Krakowie


Zapomniałaś dodać że koncert trwał 3 godziny. Rzadkość w dzisiejszych komercyjnych czasach. A co do akustyki pełną zgodą. Beznadziejna
OdpowiedzUsuń