![]() |
| Fot. Maciek Biały |
Acid Drinkers, Hunter i Nocny Kochanek na jednej scenie. Jednego popołudnia. I całkiem za darmo! Takie rzeczy tylko w Kutnie!
Małomiasteczkowe społeczności rządzą się swoimi
prawami. Organizowanie niemal pod oknami takiej
festiwalu metalowego to odważne wyzwanie. Ku mojemu zaskoczeniu
okazało się, że kutnowska impreza jest wynikiem zwycięstwa tego właśnie
projektu w głosowaniu budżetu obywatelskiego, a finansuje ją Prezydent Miasta.
No no Kutno – chylę czoła z szacunkiem!
Qtnoizz Fest rozpoczął się dość wcześnie. Na koncert
SIQ spóźniłam się z pełną świadomością. Widziałam zespół już kilkakrotnie i nie
do końca trafia do mnie połączenie ognistego temperamentu perkusyjnego Macieja
Starosty z czystym, acz nieco piskliwym wokalem Ani Brachaczek. Świetnie to
wyszło w Love Shack, ale na dłuższą metę coś mi tam zgrzyta i się nie zgrywa,
choć oczywiście nie umiem określić co…
W pełnym słońcu na scenie pojawili się panowie z
Acid Drinkers. Zespół miał niełatwe zadanie jeśli chodzi nakłonienie, dopiero
przybywającej na teren stadionu, publiczności do współpracy. Kwasożłopy słyną
jednak przecież z tego, że dają z siebie maksimum zarówno przy pełnych salach,
jak na – nieco jeszcze ospałych – lokalnych festiwalach. Miałam więc kolejną
okazję, by zobaczyć i posłuchać poznaniaków w szczytowej formie.
Panowie
zaprezentowali smakowity i przekrojowy zestaw utworów, w którym oprócz
koncertowych klasyków, pojawiły się i rzadziej grane perełki akustyczne: Diamonds
And Rust Joan Baez, wykonywany też przecież po mistrzowsku przez Judas Priest
oraz Hurt Johnny’ego Cash’a. Tradycyjnie już na koncercie Kwasożłopów było i
nawiązanie do Motorhead – Born to Raise Hell i Overkill. Słowem – dla każdego
coś dobrego.
Ja wciąż z zaciekawieniem zerkałam w stronę Roberta Zembrzyckiego.
To dopiero moje drugie spotkanie koncertowe z nowym gitarzystą zespołu, dlatego
to właśnie on przyciąga moją uwagę. I cóż, potwierdziły się moje wrażenia z
wrocławskiej majówki. "Bobby" doskonale czuje się zarówno w zespole, jak i jego
repertuarze. Coraz częściej wychodzi na gitarowe prowadzenie, a granie wyraźnie
sprawia mu przyjemność. Poza tym w ekipie nic się nie zmieniło. Popcorn i Ślimak
to mistrzowie w swoim fachu, a Titus to rasowy rockman. Jego sposób mówienia,
chodzenia, gestykulacja… widać, że muzyka to jego życie. Dlatego niezmienną
przyjemność sprawia mi patrzenie na niego podczas koncertów.
Po Acid Drinkers głos zabrało młodsze muzyczne pokolenie.
Nocny Kochanek zdobywa popularność w ekspresowym tempie. Koncert goni koncert,
a wokalista nadal mocno nadwyręża gardłowe wibracje, ale wciąż robi to
wrażenie. Krzysztof Sokołowski mógłby prowadzić wesela, być wodzirejem na
wiejskiej potańcówce albo śpiewać ramię w ramię z ikonami metalu. Wszędzie
poradziłby sobie znakomicie. Na scenie czuje się jak ryba w wodzie, a obecność publiczności dodaje mu jeszcze animuszu. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a i
reszcie zespołu humory dopisywały. Jak zwykle pełni energii udowodnili, że
potrafią na wesoło i spontanicznie odnajdywać się w nietypowych sytuacjach. Tym
razem szczęśliwa fanka w różowej sukience w groszki (nie mogłam się
powstrzymać, by tego nie podkreślić) wtargnęła na scenę, a po sekundzie już
tańczyła sobie w najlepsze z gitarzystą podczas gdy ochrona grzecznie czekała
aż ten taniec skończą.
Setlista nie zaskakiwała. Nocny Kochanek to młody
zespół, ze skromnym dorobkiem płytowym. Ma zestaw utworów świetnie
sprawdzających się na koncertach i nie sięga po eksperymenty w tym temacie. Tradycyjnie
pojawiły się więc m.in. Dziewczyna z kebabem, Dziabnięty, Zdrajca Metalu i Dżentelmeni Metalu. Wszystkie utwory przyjmowane były entuzjastycznie i odśpiewane
wraz z zespołem.
Nocny Kochanek powoli zdobywa i moją sympatię.
Zespół robi wrażenie soczystymi solówkami, świetnym wokalem tylko te teksty…
hm. Motyw przewodni to niezmiennie – alkohol i seks lub naglące zapotrzebowanie
wyżej wspomnianych. To wszystko w klimacie żartów, dokazywania i wzajemnego
przekomarzania się, które świadczą o tym, że w zespole dobrze się dzieje, a
chemia między chłopakami nie słabnie. Może doczekam się więc i tekstów, które
nie będą aż tak bolesne dla duszy słuchacza 30+…
Hunter wyszedł na scenę o zmroku. Już po kilku
sekundach można się było zorientować, że ten koncert będzie inny niż te, w
których do tej pory uczestniczyłam. Otóż… Drak wyglądał na kogoś świeżo po
imprezie. Pijany to chyba zbyt mocne słowo, ale dało się zauważyć pewne
symptomy bycia na tak zwanym "rauszu". Wokalista wykonywał utwory na siedząco,
a przerwy między piosenkami umilał publiczności snując długie opowieści lekko
plączącym się językiem. Ponaglany przez kolegów z zespołu śpiewał kolejny utwór,
by zaraz po nim próbować wciągać publiczność w dyskusje. Nie byłoby w tym może
nic dziwnego (taka w końcu rola wokalisty), gdyby nie fakt, że takie zachowanie
było zupełnie niepodobne do koncertowego stylu Draka. "Normalnie" to bardzo
konkretny facet, który na scenie zdecydowanie woli śpiewać niż opowiadać.
Szczęście w nieszczęściu okazało się, że alkohol nie ma wpływu na poziom
wykonywania utworów i publiczność mogła bawić się w najlepsze przy
sztandarowych koncertowych utworach Huntera: Rzeźnia nr 6, Trumian Show,
T.E.L.I, Imperium uboju, OsieM czy NieWolnOść. Tak – przy wykonywaniu
repertuaru zespołu wokalista trzymał fason i radził sobie śpiewająco!
Po
reszcie zespołu nie było widać skutków imprezy, panowie byli natomiast
zdecydowanie bardziej stonowani niż na innych swoich koncertach. Nawet Jelonek
rzadziej machał smyczkiem. Muzycy niepewnie zerkali w stronę wokalisty.
Odnosiłam wręcz wrażenie że są nieco skonsternowani. To właściwie dobra
wiadomość, bo oznacza, że takie sytuacje są rzadkością i nikt nie przechodzi
nad nimi do porządku dziennego. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że organizatorzy
koncertów w mniejszych ośrodkach słyną z dbałości o wygodę i podniebienia
występujących zespołów, a Hunter spotkał tam wieloletnich festiwalowych druhów
(Kwasożłopy nie są z tych, którzy wylewają za kołnierz) to wszystko skończyło
się szczęśliwie. Intuicja podpowiada mi, że mogło być znacznie gorzej :)
Z racji tego, że ilość bezpłatnych wejściówek na
festiwal była ograniczona i rozeszły się jak świeże bułeczki, publiczność nie
była zbyt liczna. Dawało się to odczuć w sile śpiewania, bisowania i zabawy pod
sceną. Z drugiej strony spora część tych osób, które na imprezę przybyli robiła
co mogła, by dać zespołom odczuć radość ze spotkania. Dzięki temu, że pogoda
sprzyjała, a impreza odbywała się na stadionie w dość wczesnych godzinach, z
ukrycia wyszło wielu rockowych rodziców, którzy przyszli na koncerty z dziećmi.
I od razu zrobiło się bardziej festiwalowo!
Mimo drobnych niedogodności z brakiem adresu imprezy
dla osób spoza miasta oraz delikatnego chaosu organizacyjnego przy wejściu,
Qtnoizz Fest to impreza z potencjałem. Bo od wejścia było już z górki.
Nienajgorsze nagłośnienie, skromne zaplecze gastronomiczne i dużo dobrej
energii ze strony zespołów nastrajało do życia pozytywnie. Acid Drinkers i
Hunter z sentymentem wspominali pierwsze koncerty w Kutnie, a Nocny Kochanek
obiecywał, że pierwszy ich koncert w tym mieście, na pewno nie będzie ostatnim.
Teraz pozostaje mieć nadzieję, że za rok lokalna społeczność znów stanie na
wysokości zadania dając nam możliwość uczestnictwa w kolejnej edycji Qtnoizz
Fest.
Po więcej zdjęć zapraszam na stronę m-bialy.pl




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz