Strony

25 sie 2017

Qtnoizz Fest czyli baśń o tym, że metal i budżet obywatelski mogą iść w parze

Qtnoizz Fest recenzja Festiwalu Kutno
Fot. Maciek Biały

Acid Drinkers, Hunter i Nocny Kochanek na jednej scenie. Jednego popołudnia. I całkiem za darmo! Takie rzeczy tylko w Kutnie!

Małomiasteczkowe społeczności rządzą się swoimi prawami. Organizowanie niemal pod oknami takiej festiwalu metalowego to odważne wyzwanie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że kutnowska impreza jest wynikiem zwycięstwa tego właśnie projektu w głosowaniu budżetu obywatelskiego, a finansuje ją Prezydent Miasta. No no Kutno – chylę czoła z szacunkiem!

Qtnoizz Fest rozpoczął się dość wcześnie. Na koncert SIQ spóźniłam się z pełną świadomością. Widziałam zespół już kilkakrotnie i nie do końca trafia do mnie połączenie ognistego temperamentu perkusyjnego Macieja Starosty z czystym, acz nieco piskliwym wokalem Ani Brachaczek. Świetnie to wyszło w Love Shack, ale na dłuższą metę coś mi tam zgrzyta i się nie zgrywa, choć oczywiście nie umiem określić co…

W pełnym słońcu na scenie pojawili się panowie z Acid Drinkers. Zespół miał niełatwe zadanie jeśli chodzi nakłonienie, dopiero przybywającej na teren stadionu, publiczności do współpracy. Kwasożłopy słyną jednak przecież z tego, że dają z siebie maksimum zarówno przy pełnych salach, jak na – nieco jeszcze ospałych – lokalnych festiwalach. Miałam więc kolejną okazję, by zobaczyć i posłuchać poznaniaków w szczytowej formie. 

Panowie zaprezentowali smakowity i przekrojowy zestaw utworów, w którym oprócz koncertowych klasyków, pojawiły się i rzadziej grane perełki akustyczne: Diamonds And Rust Joan Baez, wykonywany też przecież po mistrzowsku przez Judas Priest oraz Hurt Johnny’ego Cash’a. Tradycyjnie już na koncercie Kwasożłopów było i nawiązanie do Motorhead – Born to Raise Hell i Overkill. Słowem – dla każdego coś dobrego. 

Ja wciąż z zaciekawieniem zerkałam w stronę Roberta Zembrzyckiego. To dopiero moje drugie spotkanie koncertowe z nowym gitarzystą zespołu, dlatego to właśnie on przyciąga moją uwagę. I cóż, potwierdziły się moje wrażenia z wrocławskiej majówki. "Bobby" doskonale czuje się zarówno w zespole, jak i jego repertuarze. Coraz częściej wychodzi na gitarowe prowadzenie, a granie wyraźnie sprawia mu przyjemność. Poza tym w ekipie nic się nie zmieniło. Popcorn i Ślimak to mistrzowie w swoim fachu, a Titus to rasowy rockman. Jego sposób mówienia, chodzenia, gestykulacja… widać, że muzyka to jego życie. Dlatego niezmienną przyjemność sprawia mi patrzenie na niego podczas koncertów.

Po Acid Drinkers głos zabrało młodsze muzyczne pokolenie. Nocny Kochanek zdobywa popularność w ekspresowym tempie. Koncert goni koncert, a wokalista nadal mocno nadwyręża gardłowe wibracje, ale wciąż robi to wrażenie. Krzysztof Sokołowski mógłby prowadzić wesela, być wodzirejem na wiejskiej potańcówce albo śpiewać ramię w ramię z ikonami metalu. Wszędzie poradziłby sobie znakomicie. Na scenie czuje się jak ryba w wodzie, a obecność publiczności dodaje mu jeszcze animuszu. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a i reszcie zespołu humory dopisywały. Jak zwykle pełni energii udowodnili, że potrafią na wesoło i spontanicznie odnajdywać się w nietypowych sytuacjach. Tym razem szczęśliwa fanka w różowej sukience w groszki (nie mogłam się powstrzymać, by tego nie podkreślić) wtargnęła na scenę, a po sekundzie już tańczyła sobie w najlepsze z gitarzystą podczas gdy ochrona grzecznie czekała aż ten taniec skończą. 

Setlista nie zaskakiwała. Nocny Kochanek to młody zespół, ze skromnym dorobkiem płytowym. Ma zestaw utworów świetnie sprawdzających się na koncertach i nie sięga po eksperymenty w tym temacie. Tradycyjnie pojawiły się więc m.in. Dziewczyna z kebabem, Dziabnięty, Zdrajca Metalu i Dżentelmeni Metalu. Wszystkie utwory przyjmowane były entuzjastycznie i odśpiewane wraz z zespołem.

Nocny Kochanek powoli zdobywa i moją sympatię. Zespół robi wrażenie soczystymi solówkami, świetnym wokalem tylko te teksty… hm. Motyw przewodni to niezmiennie – alkohol i seks lub naglące zapotrzebowanie wyżej wspomnianych. To wszystko w klimacie żartów, dokazywania i wzajemnego przekomarzania się, które świadczą o tym, że w zespole dobrze się dzieje, a chemia między chłopakami nie słabnie. Może doczekam się więc i tekstów, które nie będą aż tak bolesne dla duszy słuchacza 30+…

Hunter wyszedł na scenę o zmroku. Już po kilku sekundach można się było zorientować, że ten koncert będzie inny niż te, w których do tej pory uczestniczyłam. Otóż… Drak wyglądał na kogoś świeżo po imprezie. Pijany to chyba zbyt mocne słowo, ale dało się zauważyć pewne symptomy bycia na tak zwanym "rauszu". Wokalista wykonywał utwory na siedząco, a przerwy między piosenkami umilał publiczności snując długie opowieści lekko plączącym się językiem. Ponaglany przez kolegów z zespołu śpiewał kolejny utwór, by zaraz po nim próbować wciągać publiczność w dyskusje. Nie byłoby w tym może nic dziwnego (taka w końcu rola wokalisty), gdyby nie fakt, że takie zachowanie było zupełnie niepodobne do koncertowego stylu Draka. "Normalnie" to bardzo konkretny facet, który na scenie zdecydowanie woli śpiewać niż opowiadać. Szczęście w nieszczęściu okazało się, że alkohol nie ma wpływu na poziom wykonywania utworów i publiczność mogła bawić się w najlepsze przy sztandarowych koncertowych utworach Huntera: Rzeźnia nr 6, Trumian Show, T.E.L.I, Imperium uboju, OsieM czy NieWolnOść. Tak – przy wykonywaniu repertuaru zespołu wokalista trzymał fason i radził sobie śpiewająco!

Po reszcie zespołu nie było widać skutków imprezy, panowie byli natomiast zdecydowanie bardziej stonowani niż na innych swoich koncertach. Nawet Jelonek rzadziej machał smyczkiem. Muzycy niepewnie zerkali w stronę wokalisty. Odnosiłam wręcz wrażenie że są nieco skonsternowani. To właściwie dobra wiadomość, bo oznacza, że takie sytuacje są rzadkością i nikt nie przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że organizatorzy koncertów w mniejszych ośrodkach słyną z dbałości o wygodę i podniebienia występujących zespołów, a Hunter spotkał tam wieloletnich festiwalowych druhów (Kwasożłopy nie są z tych, którzy wylewają za kołnierz) to wszystko skończyło się szczęśliwie. Intuicja podpowiada mi, że mogło być znacznie gorzej :)

Z racji tego, że ilość bezpłatnych wejściówek na festiwal była ograniczona i rozeszły się jak świeże bułeczki, publiczność nie była zbyt liczna. Dawało się to odczuć w sile śpiewania, bisowania i zabawy pod sceną. Z drugiej strony spora część tych osób, które na imprezę przybyli robiła co mogła, by dać zespołom odczuć radość ze spotkania. Dzięki temu, że pogoda sprzyjała, a impreza odbywała się na stadionie w dość wczesnych godzinach, z ukrycia wyszło wielu rockowych rodziców, którzy przyszli na koncerty z dziećmi. I od razu zrobiło się bardziej festiwalowo!

Mimo drobnych niedogodności z brakiem adresu imprezy dla osób spoza miasta oraz delikatnego chaosu organizacyjnego przy wejściu, Qtnoizz Fest to impreza z potencjałem. Bo od wejścia było już z górki. Nienajgorsze nagłośnienie, skromne zaplecze gastronomiczne i dużo dobrej energii ze strony zespołów nastrajało do życia pozytywnie. Acid Drinkers i Hunter z sentymentem wspominali pierwsze koncerty w Kutnie, a Nocny Kochanek obiecywał, że pierwszy ich koncert w tym mieście, na pewno nie będzie ostatnim. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że za rok lokalna społeczność znów stanie na wysokości zadania dając nam możliwość uczestnictwa w kolejnej edycji Qtnoizz Fest. 

Po więcej zdjęć zapraszam na stronę m-bialy.pl

Przeczytaj też:

Biesiada na metalowo              Hunter na polowaniu             Peep Tour
   



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz