Strony

8 paź 2017

I oto jestem. Sully Erna w Łodzi

Sully Erna w Łodzi Wytwórnia recenzja koncertu
fot. Ruda Tośka

Sully Erna – wokalista Godsmack zawitał do Polski tym razem bez kolegów z zespołu. Odwiedził Wrocław i Łódź, promując płytę Hometown Life (która wciąż oficjalnie się u nas nie ukazała). Płytę zupełnie mi nieznaną, ale jako wielbicielka głębokiego głosu i uśmiechu Sully’ego musiałam pojawić się na niedzielnym koncercie. To już drugi raz, gdy udało mi się stanąć oko w oko z artystą. Pierwszego spotkania nie wspominam zbyt dobrze, ale nie ma w tym winy wokalisty. 

To organizatorzy Impact Festivalu z 2015 roku zawiedli na całej linii, umieszczając Godsmack’a na małej zewnętrznej scenie o północy. Była wtorkowa noc, lał deszcz, a publiczność była zmęczona wcześniejszym występem Slipknota (na dużej scenie). Godsmack dał wtedy z siebie wszystko. Cała reszta natomiast zawiodła.

Damian Ukeje mający otwierać niedzielny koncert Erny zaniemógł na zdrowiu i obawiałam się, że publiczności trudno będzie "wejść na wysokie obroty" od razu, bez koncertowej rozgrzewki. Tymczasem Sully szybko poradził sobie z – usztywniającymi publiczność – miejscami siedzącymi. Już podczas pierwszego utworu zaprosił ludzi pod scenę, gdzie zostali aż do ostatnich dźwięków bisu.

Bez barierek, ochroniarzy, z Sullym na wyciągnięcie ręki.

Ziściło się marzenie niejednej przedstawicielki płci pięknej. Dobre warunki wizualne są bardzo istotne w przypadku koncertów z jego udziałem. Wokalista stanowi szalenie miły widok dla babskiego oka, a sposób w jaki przeżywa swoją muzykę jest bardzo przekonujący i naturalny. Jest po prostu sobą. Sully jest tym co tworzy. Pokazuje to nie tylko głosem, ale i mimiką, ruchami, gestami. Tak samo swobodnie zachowuje się na scenie niewielkiego klubu, jak w wielkich halach koncertowych. Nie może wytrzymać chwili w jednym miejscu, jest zwinny i pełen rockowej drapieżności. Niezbyt obszerna scena Wytwórni sprawiała, że nie mógł zbyt intensywnie się poruszać. A szkoda, bo jego charakterystyczny dla muzyków z krwi i kości, sposób chodzenia to kolejna cecha, którą przekonał mnie do siebie już dawno temu.

Ale na scenie znalazło się i co nieco dla męskiego oka.

Lisa Guyer poza tym, że wspomagała zespół muzycznie i wokalnie, to jeszcze wspaniale czuła muzykę. Budujące to – obserwować jak męskie oczy mimowolnie i z żywym zainteresowaniem wędrują w kierunku kobiety po 50-tce. Przez charyzmę sceniczną Sully’ego i Lisy, reszta zespołu pozostawała nieco w cieniu. A szkoda, bo wszyscy to artyści z wyższej półki, którzy na muzyce zęby zjedli. Dopiero pod koniec koncertu każdy miał kilka sekund na solowy występ muzyczny… lub taneczny. Muzycy ze śmiechem kręcili biodrami i innymi częściami ciała, co w przypadku panów z brzuszkami w okolicy 60-tki jest sporym aktem odwagi.

Większość repertuaru stanowiły utwory z Hometown Life oraz krążka Avalon z 2010 r. 

Orientalne motywy przeplatają się tutaj z indiańskimi, a to wszystko dzieje się w rockowej otoczce. Na pierwszy plan wysuwają się często ręczne bębenki, do których Sully od zawsze ma słabość. Specyfika koncertu sprawiała, że to właśnie one zwracały największą uwagę.

Po koncercie Zakka Wilde’a już wiedziałam, że przy solowych występach muzyków reprezentujących zespoły grające mocno i ostro, nie ma co liczyć na powtórkę z rozrywki. Tutaj także niewiele było z Gosmack’a. Jednak nie było na co narzekać.

Muzyka super się rozkręcała prezentując lubiany przeze mnie styl "od szczegółu do ogółu" czyli spokojny początek, a potem kilka niespodzianek, by w finale uderzyć z całą mocą dwóch wokali, klawiszy, perkusji, gitar, wszelkich grzechotek, tamburynów i czego tam jeszcze. 

Były także chwile na zadumę. Podczas utworu My Light na telebinie pokazano pełen pozytywnych emocji i ojcowskiej miłości, wzruszający film z wczesnego dzieciństwa córki Sully'ego. To coś wyjątkowego, by artysta wpuszczał słuchaczy do swojego domu i najbardziej osobistych jego momentów. Z kolei Falling to Black był pokłonem w stronę muzyków, którzy odeszli zbyt wcześnie. Wśród kilkunastu twarzy, na ekranie zobaczyliśmy także Chrisa Cornella i Chestera Benningtona.

Sully wcale a wcale nie boi się coverów. Może słusznie, bo czy jest pewniejszy i bardziej sprawdzony sposób na szybkie zaangażowanie (także wokalne) ludzi na koncercie niż dobry klasyk w nowej aranżacji? Pojawiło się więc i Sympathy for the Devil (The Rolling Stones), Nothing Else Matters (Metallica), Crawling (Linkin Park), Hey Jude (The Beatles), Dream On (Aerosmith). Wszystkie oczywiście odśpiewane z publicznością.

Erna prowadził koncert na wesoło i z dużym poczuciem humoru. 

Zachęcał do dialogu nie na poziomie artysta - publiczność, ale na zasadzie koleżeńskich relacji. Był w ciągłym kontakcie ze słuchaczami i elastycznie reagował na ich sygnały. Widać, że nie lubi budowania dystansów i barier. Prezentuje na scenie ten amerykański styl otwartości, którego tak brakuje polskim artystom. Zresztą wszyscy muzycy uśmiechali się i wyglądali na całkiem zadowolonych z faktu, że są tu i teraz. 

Sully Erna znany jest ze swojej sympatii do dzieci, więc szybko wypatrzył wśród widowni kilkuletnią dziewczynkę i porwał ją na scenę. Dziecko od razu wczuło się w klimat. Razem stworzyli spontaniczny i żywiołowy duet wokalno-taneczny. Widownia też szybko zaraziła się entuzjazmem na scenie. Sully bardzo ciepło wspominał ten moment na swoim profilu społecznościowym

Niestety Wytwórnia nie do końca poradziła sobie z nagłośnieniem (szczególnie wokalu). Dziwne to, bo akurat na tej sali do tej pory raczej nie można było narzekać na słabą jakość dźwięku. Problem pojawił się być może dlatego, że była wypełniona tylko w połowie, tworzył się pogłos i gdy wokalista schodził niżej, był naprawdę słabo słyszalny. Wielka to szkoda, bo to co uwielbiam głosie Sully’ego, to właśnie jego wokalne doły.

Na scenie Erna zajmował się nie tylko śpiewaniem. 

To samowystarczalny człowiek orkiestra. Dajcie mu klawisze czy gitarę, a stworzy na scenie jednoosobowy, ale wielozadaniowy zespół. Od zawsze jest perkusistą, a w Godsmacku stosuje nawet potyczki na dwie perkusje, co prezentował w też w Polsce w 2015 roku. Nie omieszkał więc usiąść i do bębnów, gdy David Stefanelli motywowany przez publiczność próbował pewnego wysokoprocentowego trunku – prezentu od łódzkich fanów. 

Muszę przyznać, że podczas solowego koncertu Erny nasyciłam i ucho i… oko. Chłopięcy uśmiech i żar w oczach oraz muzyka idealna na niedzielny deszczowy wieczór. Do tego postawa sceniczna i pełne zaangażowanie ze strony muzyków, którzy dawali z siebie bardzo wiele, mimo niepełnej sali. Ale co najważniejsze - widziałam na tym koncercie wielu szczęśliwych ludzi. Na ich twarzach było widać jak czekali na spotkanie z Sullym i jak cieszyła ich każda kolejna piosenka. A to zawsze nastraja do życia pozytywnie.

Po więcej zdjęć z koncertu zapraszam na profil Ruda Tośka.

Przeczytaj też:

Deep Purple w Łodzi,    System of a Down w Krakowie,   Queen Symfonicznie                      

1 komentarz:

  1. Jak zwykle pasja. Znów zazdroszcze, że mnie tam nie było

    OdpowiedzUsuń