![]() |
| Fot. Piotr Tołłoczko |
Vadera na żywo nie widziałam już dobrych kilka lat. Z
poprzedniego koncertu zapamiętałam przede wszystkim genialną panią sterującą światłami,
która za konsolą wyczyniała prawdziwie hardcore’owe tańce wymachując warkoczami
we wszystkie strony. Jaka to była miła odmiana przy wpatrzonych w
swoje telefony dźwiękowcach i znudzonych realizatorów światła na większości koncertów!
Tym razem żadnej konsoli nie było widać. Pewnie nie zmieściła
się w klubie... Kto wie, może przez to pierwsze dźwięki koncertu brzmiały
niczym wprost ze studni. Potem muzykę trochę podciągnięto, ale wokal nadal
niełatwo było usłyszeć. A szkoda, bo wokal w Vaderze ma ogromną moc. Średnia
słyszalność to tylko jedna z wad tego wieczoru. Taką kolejkę przed wejściem do
klubu widziałam ostatnio chyba przed występem zespołu Manowar na Torwarze.
Impreza zdecydowanie przerosła klub Magnetofon, znany wcześniej jako
"Luka".
Inna nazwa,
ten sam adres i te same problemy.
Słaba organizacja przy wejściu, jedna kolejka dla osób
posiadających i nieposiadających bilety, lekka panika w oczach ochroniarzy
przerażonych ilością czekających osób, brak możliwości wyjścia na zewnątrz
(niczym na stadionach podczas koncertów gigantów). Gdyby nie to, że od wielu
lat przyjeżdżałam tutaj na koncerty, pomyślałabym, że to pierwsza impreza na
żywo organizowana przez klub.
Do tego wszechobecny smród papierosów (palarnia przy
wejściu na salę koncertową!), duchota, ścisk i pogłos towarzyszący muzyce w
niewielkim pomieszczeniu... Dekompresjo wróć!
Przyznaję, że powyższe niedogodności zbladły nieco, gdy na scenie pojawili się gospodarze wieczoru. Bez supportu, bez zbędnych formalności, od razu weszli na wysokie obroty. Vader tworzy klimat. Nie tylko swoją muzyka, ale całym swoim jestestwem.
Trasa jest gestem w stronę długoletnich fanów, bo
Vader gra przede wszystkim repertuar z płyty Reborn In Chaos wydanej w 2006 roku.
Zagranie jej od deski do deski zajęło zespołowi 50 minut.
Potem pojawiły się m.in. utwory z wydanego w 1994 roku krążka Sothis i De
Profundis z 1995 roku. Koncert nie był długi. Po godzinie zespół zaczął się powoli żegnać z publicznością. Potem jeszcze bis, na który nie
trzeba było długo czekać, a na nim covery zespołów Metallica, Slayer i Black
Sabbath. Ten ostatni poprzedzony został dużym ukłonem w stronę Brytyjczyków.
O tym, co działo się na scenie niewiele mogę napisać.
Wciśnięta między metalowy słup (i kurczowo się go trzymająca), a rosłych fanów
Vadera, widziałam głównie górne światła. Na szczęście wychwyciłam
najważniejsze, a mianowicie… basistę. No jakże mogłoby być inaczej! To przecież
żadna nowina - basiści są zawsze godni babskiej uwagi! Tomasz Halicki bez
wątpienia dodaje zespołowi kolorytu, ale James Stewart także przyciągał wzrok.
Grający bez koszulki i bez wytchnienia, w krótkich przerwach między utworami znajdował
siłę, by z pełnym zaangażowaniem
napędzać aplauzy.
Ruch sceniczny na mini scenie Magnetofonu tworzył głównie Marek
Pająk, który świetnie utożsamia się z tym, co się dzieje podczas koncertu i
nawet sekundy nie spędza w bezruchu. Przy tym nie dało się nie zauważyć jego
muzycznej roli w tym przedstawieniu. Soczyste wstawki gitarowe wywoływały
dreszcze na niejednych plecach.
![]() |
| Fot. Piotr Tołłoczko |
Natomiast sam mistrz ceremonii, Piotr Wiwczarek uśmiechnięty i zadowolony z entuzjastycznych reakcji publiczności, dawał z
siebie wszystko.
A publiczność Vadera naprawdę miło zaskakiwała.
Rozgrywał się wśród niej prawdziwy festiwal osobowości. Męskich osobowości. Bo
kobiety tradycyjnie na Vaderze to rodzynki w tym cieście z testosteronu, piwa i
potu lejącego się strumieniami. Dobrze zobaczyć w Łodzi tylu fanów ciężkiego uderzenia w jednym miejscu. Po kilku ostatnich
koncertach w Scenografii, zaczynałam wątpić, że tacy w ogóle istnieją.
Bardzo lubię występy zespołów z długoletnią historią.
Nawet jeśli składy ulegają zmianie, to zazwyczaj są to ludzie, którzy dorastali
i dojrzewali nagrywając płyty i grając koncerty. Metal płynie w ich żyłach i to
on kształtował ich osobowości. Oni po tak wielu latach grania muzyki, po prostu
się nią stają.
Vader to klasa.
To marka, która nie musi mieć ani dodatkowej
reklamy, ani innych zabiegów marketingowych przed koncertem. Dobrze grają i
śpiewają. Dobrze wyglądają. Są zrośnięci ze swoją muzyką niczym bliźnięta
syjamskie i trudno wskazać moment, gdzie które się kończy i zaczyna.
Gdyby nie warunki lokalowe, z czystym
sumieniem mogłabym napisać, że to był genialny koncert. Panowie przypomnieli
Łodzi jak się gra metalowe koncerty. Ich występy to wciąż jazda bez trzymanki,
a ze słów fanów opuszczających mury Magnetofonu wynikało, że największą wadą
występów Vadera jest to, że kończą się zbyt szybko.
Po więcej zdjęć z koncertu Vadera w Łodzi zapraszam na profil Piotra.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz