![]() |
| Fot. Michał Młynarczyk |
Tysiące osób czekało na ten wieczór z drżeniem serca. Niestety tylko część z nich miała okazję uczestniczyć w nim na żywo. Bilety na kolejny polski koncert Metalliki rozeszły się w niecałą minutę od otwarcia sprzedaży. Zdobycie ich graniczyło z cudem. Nic dziwnego – zespół po raz pierwszy od wielu lat opuścił polskie stadiony na rzecz Tauron Areny w Krakowie, która nie mieści nawet połowy publiczności stadionowej.
Mnie się udało. Zaliczam ten fakt do cudów, ponieważ dzień
przed trzecim (ostatnim) rzutem biletów kliknęłam na link sprzedaży, który
zadziałał (!). Z racji tego, że bilety kupiłam w ostatniej chwili, nie zdążyłam
zacząć się martwić, że dorwałam wejściówki na płytę, a tam przecież niczego nie
zobaczę (jak na Iron Maiden we Wrocławiu), niewiele usłyszę (jak na AC/DC w
Warszawie), a do tego nawet nie mogę się bawić, bo lekarz nie pozwala… Ważne
było to, że jadę na swój czwarty koncert Amerykanów i że znów przypomną mi, jak
powinien wyglądać doskonale zagrany koncert.
Przypomnieli. Także o tym, że nie boją się nowatorskich
rozwiązań. Usytuowana na środku płyty
scena to coś nowego w polskiej rzeczywistości koncertowej, choć pojawiła się
już raz w katowickim Spodku. Ciekawy zabieg pozwalający każdemu podejść
bliżej i zobaczyć artystów nie tylko na telebimach. Tym razem można było
obejrzeć muzyków z każdej strony – lewy profil, prawy profil, tył i przód. Do
wyboru do koloru! Wszyscy przemieszczali się regularnie po scenie (nawet bębny
Larsa zmieniały położenie) dzięki czemu wszędzie było ich pełno.
Metallica po raz kolejny udowodniła, że jest mistrzem wyczucia.
Mam tu na myśli wszelkie efekty i rozpraszacze. Zafundowali
publiczności nieprzeładowane efektami specjalnymi widowisko, które jednak
robiło wrażenie. I nie mówię tutaj o – standardowych już na koncertach –
wybuchach ognia, ale na przykład o… telebimach. "Normalnie" telebimy usytuowane
są po bokach sceny i za plecami muzyków, co mnie osobiście rozprasza, a czasami
wręcz drażni. Ale nie u Metalliki! Tutaj telebimy znajdowały się na kilkudziesięciu zawieszonych nad sceną sześcianach, które
zmieniały swoją wysokość, mieniły się kolorami lub wyświetlały nawiązujące do
piosenek obrazy (m.in. zdjęcia zmarłego tragicznie basisty Cliffa Burtona,
poległych żołnierzy wojennych przy dźwiękach "One" czy logo Metalliki na
biało-czerwonym tle jako finał koncertu). To wszystko jednak działo się wysoko
– nad głowami artystów. Nie było nachalne i odrywało uwagę od tego co działo
się na samej scenie tylko tych słuchaczy, którzy tego chcieli.
Nieszablonowy efekt pojawił się podczas "Moth into
Flame", kiedy to nad sceną unosiło się kilkadziesiąt świecących dronów. Może
nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby te "ćmy" nie uprawiały swoistego tańca
synchronicznie unosząc się i opadając lub tworząc nad sceną coś w rodzaju
aureoli. Wszystko zadziałało doskonale. Jak zawsze u Metalliki. Perfekcyjnej aż
do bólu.
Interesująco wypadł występ wszystkich muzyków w roli bębniarzy podczas Now That We're Dead. Wielkie werble uderzane z siłą 8 ramion napełniły Arenę przejmującym brzmieniem.
Interesująco wypadł występ wszystkich muzyków w roli bębniarzy podczas Now That We're Dead. Wielkie werble uderzane z siłą 8 ramion napełniły Arenę przejmującym brzmieniem.
Setlista nie zaskakiwała tych, którzy znali repertuar wcześniejszych koncertów na europejskiej trasie.
Dla mnie – tej, która przecież bardzo lubi Hardwired… To Self-Destruct, zabrakło
jednak przekroju dorobku zespołu. Koncert zdominował ostatni krążek grupy. Z
kilku płyt nie usłyszeliśmy ani jednego utworu. Kilka murowanych koncertowych
hitów także zostało pominiętych. Oczywiście swoje przeboje Metallica mogłaby grać
całą noc, a i pewnie nawet wtedy zabrakłoby czasu.
Wcześniejsze koncerty na trasie pokazały, że zespół w każdym
kraju wykonuje jeden, znany wszystkim, utwór. W sieci wrzała więc dyskusja na
temat wyboru polskiego "hitu". Najczęściej obstawiano któryś z ostatnich
disco-polowych przebojów. Na szczęście i tutaj zespół trzymał fason. Tytuł do
końca owiany był tajemnicą, więc publiczność z niemałym zaskoczeniem przyjęła "Wehikuł czasu" wykonywany przez… Roberta Trujillo. Wspomagany przez tysiące
gardeł basista podołał wyzwaniu. Uroczo zmagając się z zawiłościami języka
polskiego, "dżemował" z dużym zaangażowaniem i przejęciem. Nic dziwnego, że
spotkało się to z radosnym szaleństwem ze strony publiczności.
Siłą zespołu jest wciąż radość grania.
Jeśli udają, że
koncertowanie dla tłumów wciąż ich kręci, to robią to znakomicie. A jeśli nie
udają… tym lepiej. Mimo, że zabrakło mi odrobinę luzu i spontaniczności
(szczególnie u Hetfielda), jakie pamiętam z poprzednich ich występów, to wciąż
trudno oprzeć się wrażeniu, że muzycy czują się na scenie jak ryby w wodzie i
łatwo zarażają swoim entuzjazmem publiczność. James nie traci kontaktu z
publicznością i gdy tylko ta przycicha na chwilę, zaraz jest przez niego
skutecznie budzona. Lars nie może usiedzieć za bębnami i w każdej wolnej chwili
biega i nakręca fanów. Wszyscy – może oprócz Kirka Hammetta – wciąż mają młodzieńcze, zadziorne, szalone
chochliki w oczach. Żeby nie napisać diabelskie… W Kirku za to prawdziwy szatan
budzi się przy wykonywaniu ponadczasowych solówek.
Poprzedzającego gwiazdę wieczoru – Kvelertaka widziałam
tylko przez chwilę, w dwóch ostatnich utworach. Norwegowie pokazali się z jak
najlepszej strony. Surowa muzyka, przeszywający wokal, stuprocentowe zaangażowanie w
występ i ciągły ruch sceniczny zyskały aprobatę publiczności, która doceniły
wysiłki muzyków. Support był także czasem, gdy mogłam obejść scenę tak, by
znaleźć najlepszy punkt widokowy. Ciekawe, że podczas gdy część wejściowa i
boki płyty były zapchane do granic możliwości, druga strona okazała się być
spełnieniem marzeń. Zaledwie kilkanaście rzędów ciaśniejszych, a potem pełen
luz, dużo miejsca do zabawy, doskonały widok na wszystko, co działo się na
scenie i dobra słyszalność. Nigdy nie byłam jeszcze tak blisko Mety, nigdy tak
dobrze ich nie widziałam i nie słyszałam. Trafiłam do koncertowej ziemi
obiecanej! Oczywiście i tutaj zdarzały się trudniejsze momenty, ale nie przez
zespół czy złą organizację, ale przez setki nagrywających wszystko smartfonów.
Wciąż nie rozumiem fenomenu tych podniesionych na wysokości oczu publiczności
urządzeń. A po tym wieczorze powtórzę z całą stanowczością: śmierć telefonom na
koncertach!
Będąc na płycie nie miałam możliwości obserwowania barwnej publiczności i jej reakcji na to co działo się na scenie.
A przecież było na co popatrzeć. Tu
mignął Nergal, tam wokalista zespołu Alcoholica. Znajomy fotograf obok
znajomego blogera. Zagorzali fani w każdym wieku ramię w ramię z partnerkami w
eleganckich czółenkach. Panowie w stylowych spódniczkach – bojówkach (świetnych,
też chcę taką!), młodzi ludzie wpatrzeni przez większość koncertu w monitor
swojego telefonu, a obok czujący każdy dźwięk kilkulatkowie. Jak zwykle na tego
rodzaju koncertach różnorodność czynnika ludzkiego była fascynująca.
Ten koncert był, bez wątpienia, muzycznym wydarzeniem roku.
Także dlatego, że Metallica to mistrzowie zabiegów marketingowych, którzy
uwielbiają robić wokół siebie nie lada zamieszanie. Są tak medialni, że przez
wielu za to znienawidzeni. Ich działania przynoszą jednak skutki. Ani o
czerwcowym Judas Priest, ani wakacyjnym Iron Maiden czy The Rolling Stones, ani
nawet o kolejnym koncercie Guns N’ Roses nie mówi się tyle co o występie
Amerykanów. Sieć wrzała tym tematem od kilkunastu miesięcy, a portale
społecznościowe jeszcze podgrzewały atmosferę. Jedni Metallikę kochają, inni
jej nienawidzą. Ale wszyscy znają i mają na jej temat zdanie. Mnie do fanki
zespołu jest dosyć daleko, a mimo to jestem w stanie wydać na ich koncert każde
pieniądze i przejechać każdą ilość kilometrów. Bo wiem, że warto.
Więcej zdjęć można podejrzeć na stronie michalmlynarczyk.com.
Więcej zdjęć można podejrzeć na stronie michalmlynarczyk.com.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz