Strony

30 kwi 2018

Czterej Jeźdźcy znów w Polsce. Metallica w Krakowie

Metallica w Krakowie 2018, recenzja koncertu
Fot. Michał Młynarczyk


Tysiące osób czekało na ten wieczór z drżeniem serca. Niestety tylko część z nich miała okazję uczestniczyć w nim na żywo. Bilety na kolejny polski koncert Metalliki rozeszły się w niecałą minutę od otwarcia sprzedaży. Zdobycie ich graniczyło z cudem. Nic dziwnego – zespół po raz pierwszy od wielu lat opuścił polskie stadiony na rzecz Tauron Areny w  Krakowie, która nie mieści nawet połowy publiczności stadionowej.


Mnie się udało. Zaliczam ten fakt do cudów, ponieważ dzień przed trzecim (ostatnim) rzutem biletów kliknęłam na link sprzedaży, który zadziałał (!). Z racji tego, że bilety kupiłam w ostatniej chwili, nie zdążyłam zacząć się martwić, że dorwałam wejściówki na płytę, a tam przecież niczego nie zobaczę (jak na Iron Maiden we Wrocławiu), niewiele usłyszę (jak na AC/DC w Warszawie), a do tego nawet nie mogę się bawić, bo lekarz nie pozwala… Ważne było to, że jadę na swój czwarty koncert Amerykanów i że znów przypomną mi, jak powinien wyglądać doskonale zagrany koncert.

Przypomnieli. Także o tym, że nie boją się nowatorskich rozwiązań.  Usytuowana na środku płyty scena to coś nowego w polskiej rzeczywistości koncertowej, choć pojawiła się już raz w katowickim Spodku. Ciekawy zabieg pozwalający każdemu podejść bliżej i zobaczyć artystów nie tylko na telebimach. Tym razem można było obejrzeć muzyków z każdej strony – lewy profil, prawy profil, tył i przód. Do wyboru do koloru! Wszyscy przemieszczali się regularnie po scenie (nawet bębny Larsa zmieniały położenie) dzięki czemu wszędzie było ich pełno.

Metallica po raz kolejny udowodniła, że jest mistrzem wyczucia. 

Mam tu na myśli wszelkie efekty i rozpraszacze. Zafundowali publiczności nieprzeładowane efektami specjalnymi widowisko, które jednak robiło wrażenie. I nie mówię tutaj o – standardowych już na koncertach – wybuchach ognia, ale na przykład o… telebimach. "Normalnie" telebimy usytuowane są po bokach sceny i za plecami muzyków, co mnie osobiście rozprasza, a czasami wręcz drażni. Ale nie u Metalliki! Tutaj telebimy znajdowały się na kilkudziesięciu  zawieszonych nad sceną sześcianach, które zmieniały swoją wysokość, mieniły się kolorami lub wyświetlały nawiązujące do piosenek obrazy (m.in. zdjęcia zmarłego tragicznie basisty Cliffa Burtona, poległych żołnierzy wojennych przy dźwiękach "One" czy logo Metalliki na biało-czerwonym tle jako finał koncertu). To wszystko jednak działo się wysoko – nad głowami artystów. Nie było nachalne i odrywało uwagę od tego co działo się na samej scenie tylko tych słuchaczy, którzy tego chcieli.

Nieszablonowy efekt pojawił się podczas "Moth into Flame", kiedy to nad sceną unosiło się kilkadziesiąt świecących dronów. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby te "ćmy" nie uprawiały swoistego tańca synchronicznie unosząc się i opadając lub tworząc nad sceną coś w rodzaju aureoli. Wszystko zadziałało doskonale. Jak zawsze u Metalliki. Perfekcyjnej aż do bólu.

Interesująco wypadł występ wszystkich muzyków w roli bębniarzy podczas Now That We're Dead. Wielkie werble uderzane z siłą 8 ramion napełniły Arenę przejmującym brzmieniem. 

Setlista nie zaskakiwała tych, którzy znali repertuar wcześniejszych koncertów na europejskiej trasie.


Dla mnie – tej, która przecież bardzo lubi Hardwired… To Self-Destruct, zabrakło jednak przekroju dorobku zespołu. Koncert zdominował ostatni krążek grupy. Z kilku płyt nie usłyszeliśmy ani jednego utworu. Kilka murowanych koncertowych hitów także zostało pominiętych. Oczywiście swoje przeboje Metallica mogłaby grać całą noc, a i pewnie nawet wtedy zabrakłoby czasu.

Wcześniejsze koncerty na trasie pokazały, że zespół w każdym kraju wykonuje jeden, znany wszystkim, utwór. W sieci wrzała więc dyskusja na temat wyboru polskiego "hitu". Najczęściej obstawiano któryś z ostatnich disco-polowych przebojów. Na szczęście i tutaj zespół trzymał fason. Tytuł do końca owiany był tajemnicą, więc publiczność z niemałym zaskoczeniem przyjęła "Wehikuł czasu" wykonywany przez… Roberta Trujillo. Wspomagany przez tysiące gardeł basista podołał wyzwaniu. Uroczo zmagając się z zawiłościami języka polskiego, "dżemował" z dużym zaangażowaniem i przejęciem. Nic dziwnego, że spotkało się to z radosnym szaleństwem ze strony publiczności.

Siłą zespołu jest wciąż radość grania. 

Jeśli udają, że koncertowanie dla tłumów wciąż ich kręci, to robią to znakomicie. A jeśli nie udają… tym lepiej. Mimo, że zabrakło mi odrobinę luzu i spontaniczności (szczególnie u Hetfielda), jakie pamiętam z poprzednich ich występów, to wciąż trudno oprzeć się wrażeniu, że muzycy czują się na scenie jak ryby w wodzie i łatwo zarażają swoim entuzjazmem publiczność. James nie traci kontaktu z publicznością i gdy tylko ta przycicha na chwilę, zaraz jest przez niego skutecznie budzona. Lars nie może usiedzieć za bębnami i w każdej wolnej chwili biega i nakręca fanów. Wszyscy – może oprócz Kirka Hammetta  – wciąż mają młodzieńcze, zadziorne, szalone chochliki w oczach. Żeby nie napisać diabelskie… W Kirku za to prawdziwy szatan budzi się przy wykonywaniu ponadczasowych solówek.

Poprzedzającego gwiazdę wieczoru – Kvelertaka widziałam tylko przez chwilę, w dwóch ostatnich utworach. Norwegowie pokazali się z jak najlepszej strony. Surowa muzyka, przeszywający wokal, stuprocentowe zaangażowanie w występ i ciągły ruch sceniczny zyskały aprobatę publiczności, która doceniły wysiłki muzyków. Support był także czasem, gdy mogłam obejść scenę tak, by znaleźć najlepszy punkt widokowy. Ciekawe, że podczas gdy część wejściowa i boki płyty były zapchane do granic możliwości, druga strona okazała się być spełnieniem marzeń. Zaledwie kilkanaście rzędów ciaśniejszych, a potem pełen luz, dużo miejsca do zabawy, doskonały widok na wszystko, co działo się na scenie i dobra słyszalność. Nigdy nie byłam jeszcze tak blisko Mety, nigdy tak dobrze ich nie widziałam i nie słyszałam. Trafiłam do koncertowej ziemi obiecanej! Oczywiście i tutaj zdarzały się trudniejsze momenty, ale nie przez zespół czy złą organizację, ale przez setki nagrywających wszystko smartfonów. Wciąż nie rozumiem fenomenu tych podniesionych na wysokości oczu publiczności urządzeń. A po tym wieczorze powtórzę z całą stanowczością: śmierć telefonom na koncertach!

Będąc na płycie nie miałam możliwości obserwowania barwnej publiczności i jej reakcji na to co działo się na scenie. 


A przecież było na co popatrzeć. Tu mignął Nergal, tam wokalista zespołu Alcoholica. Znajomy fotograf obok znajomego blogera. Zagorzali fani w każdym wieku ramię w ramię z partnerkami w eleganckich czółenkach. Panowie w stylowych spódniczkach – bojówkach (świetnych, też chcę taką!), młodzi ludzie wpatrzeni przez większość koncertu w monitor swojego telefonu, a obok czujący każdy dźwięk kilkulatkowie. Jak zwykle na tego rodzaju koncertach różnorodność czynnika ludzkiego była fascynująca.

Ten koncert był, bez wątpienia, muzycznym wydarzeniem roku. 

Także dlatego, że Metallica to mistrzowie zabiegów marketingowych, którzy uwielbiają robić wokół siebie nie lada zamieszanie. Są tak medialni, że przez wielu za to znienawidzeni. Ich działania przynoszą jednak skutki. Ani o czerwcowym Judas Priest, ani wakacyjnym Iron Maiden czy The Rolling Stones, ani nawet o kolejnym koncercie Guns N’ Roses nie mówi się tyle co o występie Amerykanów. Sieć wrzała tym tematem od kilkunastu miesięcy, a portale społecznościowe jeszcze podgrzewały atmosferę. Jedni Metallikę kochają, inni jej nienawidzą. Ale wszyscy znają i mają na jej temat zdanie. Mnie do fanki zespołu jest dosyć daleko, a mimo to jestem w stanie wydać na ich koncert każde pieniądze i przejechać każdą ilość kilometrów. Bo wiem, że warto.

Więcej zdjęć można podejrzeć na stronie michalmlynarczyk.com.

Przeczytaj także:

            


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz