Strony

1 lip 2018

Majowy wieczór z Dżemem

Recenzja koncertu Dżemu w Poddębicach 2018
Fot.naszemiasto.pl

Dżem jest ciekawym zjawiskiem na polskiej scenie koncertowej. Mimo zmian wokalistów, mimo niesprzyjających muzyce rockowej tendencji, wszyscy go znają, wszyscy go nucą i kochają. Otacza go jakaś aura ochronna, jakiś mit, które sprawiają, że muzyka ta obroni się i na festiwalach rockowych i na dniach Jasina Dolnego. A może te utwory są po prostu dobre…? 


Niedawno znów miałam okazję sprawdzić ich ponadczasowość. Dżem zawitał do mojego miasteczka. Mimo, że moja roczna średnia koncertowa nie wypada najgorzej, był to mój pierwszy koncert "u siebie". Zapraszane dotychczas zespoły nie spełniały choćby najniższych i najbardziej tolerancyjnych norm muzyki rockowej (albo w ogóle muzyki w prawdziwym tego słowa znaczeniu), a mimo to gromadziły tłumy słuchaczy. Chciałabym wierzyć, że tegoroczny Dżem to pierwszy krok w stronę DOBREJ zmiany władz miasta i jego mieszkańców. Pominę może milczeniem fakt, że Dżem grał w ramach Dnia Otwartego Funduszy Europejskich i to nie władze mojego miasta odpowiadały za dobór zespołów… 

Chcąc docenić to historyczne dla regionu wydarzenie, wybrałam się na koncert. 

Zrobiłam to też trochę dlatego, że bardzo lubię Dżem na żywo, a nie widziałam zespołu już ponad 2 lata. I z przyjemnością stwierdzam, że jest w lepszej – niż wtedy – formie. Z ostatniego występu klubowego zapamiętałam jakieś nieokreślone tarcia w zespole, chaos komunikacyjny i ogólne podenerwowanie. Tym razem nie było tutaj żadnych problemów. Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, każdy z muzyków robił swoje, pracując w pocie czoła na udany całokształt występu. Co prawda w Dżemie nie ma żarcików czy pogaduch między utworami (no może poza Balcarem i Borzuckim), ale obserwacja milczącej konwersacji między muzykami utwierdza w przekonaniu o wspólnej, pozytywnej kontroli nad przebiegiem koncertu. 

Nawet pogoda sprzyjała temu wydarzeniu. 


Ciepła, gwieździsta i pachnąca wiosenna noc to idealne okoliczności do słuchania nastrojowego Dżemu. 90 minut rockowo-bluesowych ballad przywołujących wspomnienia, budzących tęsknoty i uśpione dawne emocje, chwyciło za serce niejednego słuchacza. Nawet zazwyczaj trudna we współpracy małomiasteczkowa publiczność ulegała czarowi Dżemu, śpiewając z nim refreny największych hitów (dobre i to!). 

Zaletą Dżemu jest skromność i pokora na scenie. 


Panowie nie gwiazdorzą, nie popisują się, nie przygotowują specjalnego  show "pod publikę". Nie ma tutaj teatralnych gestów, efektów specjalnych, nie ma nawet słów uwielbienia dla publiczności. Panowie robią to, w czym czują się najpewniej – grają i śpiewają. Czasem zachęcą słuchaczy do zabawy, czasem podziękują za brawa. I tyle. Resztę zajmuje muzyka. 
Obok żelaznych koncertowych hitów (
Czerwony jak cegła, Harley mój, Wehikuł czasu,  Whisky) Dżem przemyca mniej znane utwory powstałe już podczas współpracy z Maciejem Balcarem. A sam wokalista już dawno wyszedł z roli zastępcy i od dobrych kilku lat jest samodzielnym głosem i twarzą zespołu. Dojrzałość sceniczna, charakterystyczny sposób odczuwania muzyki i kojący wokal to coś, czym już dawno Balcar mnie do siebie przekonał. Tym razem wokalista także grał pierwsze skrzypce. Tradycyjnie jednak, gdy tylko do głosu dochodziły inne instrumenty, dyskretnie usuwał się w cień. Była więc okazja i do posłuchania i podpatrzenia warsztatu pracy Jurka Styczyńskiego, Zbyszka Szczerbińskiego, Janusza Borzuckiego, Adama i Beno Otrębów.

To był przyjemny koncert. 


Nie jeden z tych, po których człowiek jest pozytywnie zmęczony energetycznie i nie ma fizycznie sił. Ale taki odprężający, wyciszający, oczyszczający. W Dżemie można się było zasłuchać i nikt nie miał ochoty na przerywanie tego stanu. Magia Dżemu wciąż działa. I oby działała jak najdłużej.

Przeczytaj też:

Dlaczego wciąż ten Happysad?      Hunter w Łodzi              Venflon i Kabanos
        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz