![]() |
| Fot. Moment in Time |
Sezon koncertowy pierwszej połowy 2018 r. zakończyłam nietypowo, bo obecnością na występie zespołu, którego właściwie nie słucham, nie jestem w posiadaniu żadnej płyty, a którego utwory znam przecież doskonale. W sumie to znają je wszyscy. The Rolling Stones zawitali do Warszawy!
Bilety rozeszły się w mgnieniu oka na
długo przed koncertem. Pytanie tylko – czy zespół ma w Polsce tylu fanów, czy
może wszyscy chcieli przekonać się, jak rockowe dinozaury radzą sobie na
scenie. Pomyśleć, że na ostatnim koncercie Deep Purple w Łodzi dziwiłam się, że
purpurowi grają całkiem żwawo mając razem 300 lat. Jaka suma lat
padłaby w przypadku Stonsów? Strach liczyć!
Jak
zwykle na PGE Narodowy jedzie się zobaczyć, a nie posłuchać. Wypróbowałam już
wszystkie lokalizacje podczas koncertów na tym stadionie. Od płyty po najwyższe
trybuny. I zawsze było tak samo. Nieznośny pogłos i "opóźnienie" wokalu w
docieraniu do odbiorców. Tym razem było mniej więcej tak, że Mick Jagger śpiewał
jakieś słowa a one "już" po sekundzie docierały na trybuny. W mojej głowie
szybko pojawił się muzyczno-wokalny chaos, którego – nauczona doświadczeniem –
nawet nie próbowałam okiełznać. Szkoda nerwów. Siedziałam więc spokojna
zerkając na, coraz bardziej poirytowanych, słuchaczy w sąsiednich rzędach. To
chyba byli ci, którzy przyszli na PGE Narodowy po dźwiękowe przeżycia duchowe…
Ja
nie mogąc w pełni cieszyć się dźwiękiem, skupiłam się na celebrowaniu wizualnej
strony wydarzenia. I wcale nie mówię tutaj o super efektach specjalnych. Tych
praktycznie nie uświadczyliśmy poza kilkoma symbolicznymi wystrzałami
kończącymi koncert. Na ogromnych telebimach także nie było ozdobników.
Pokazywały wydarzenia na scenie czyli robiły to, co robić powinny. Uwagę
przyciągali natomiast pełni kolorów muzycy, którzy urzekali nie tylko barwnymi,
pełnymi błyszczących akcentów, strojami, ale też temperamentem na scenie. A ich
buty… Och, o nich mogłabym napisać osobną recenzję! Kolory strojów zmieniały
się co kilka utworów, dominowała czerwień, błyszczące srebro i błękity. Tak
jakby każdy muzyk chciał się wyróżnić bardziej od innych. W
rezultacie powstało naprawdę interesujące, bo tęczowe, przedstawienie.
Publiczność
bardzo radośnie przyjęła zespół i od pierwszej do ostatniej sekundy koncertu
nie zatraciła entuzjazmu. A przecież utrzymanie stanu ekscytacji
kilkudziesięciotysięcznego tłumu przez ponad dwie godziny nie jest łatwym
zadaniem. No ale nie trafiło na amatorów! Niekwestionowana gwiazda tego
wieczoru – Mick Jagger bez najmniejszego problemu porywał widzów do śpiewu i
zabawy. Dyrygował całym przedstawieniem i publiką. Wokalista kocha gwiazdorzyć
i osiągnął w tym mistrzostwo. Robi to jednak w sposób sympatyczny i otwarty w
stronę swoich fanów. Dlatego nie razi, a wzbudza wiele pozytywnych emocji.
Śpiewał, tańczył, skakał (!), grał na gitarze i harmonijce ustnej. Poruszał się
po scenie swoim charakterystycznym krokiem i co chwilę zwracał się do
publiczności po polsku. "Siema Warszawa, sie ma Polska. Co za piękna noc!", "To jest nasz piąty koncert w Polsce. Fantastycznie jest być z Wami!" krzyczał
do podekscytowanego tłumu. A to pytał "jak leci Warszawa?", a to ustalał czy na
koncercie jest ktoś z Poznania, Gdańska i Krakowa. Dyplomatycznie nawiązał też
do sytuacji politycznej w naszym kraju "Jestem za stary, żeby być sędzią, ale
jestem na tyle młody, żeby śpiewać", co obiło się potem głośnym echem w
polskich mediach.
Jagger
był w nieustannym ruchu. Przemierzał scenę wzdłuż i wszerz pozostając w ciągłym
kontakcie ze swoimi słuchaczami. Zwracał się do płyty i trybun oczekując
głośnych reakcji. Nikt nie czuł się na tym koncercie pominięty. Artysta
często wychodził też na wysunięty na kilkadziesiąt metrów podest, aby każdy
mógł nacieszyć oko jego wspaniałym jestestwem. Powiedzenie "Rock and roll
wiecznie żywy" nabiera głębszego znaczenia gdy patrzy się na pełnego wigoru
75-latka dziarsko skaczącego na scenie w rytm refrenu "Like a Rolling Stone"...
Ale
brawa należą się nie tylko Jaggerowi. Także Ron Wood zadziwiał energią,
doskonałą formą i nastrojem. Ilość uśmiechów, przyjaznych ukłonów w stronę
publiczności i energicznych wyskoków "króla pierogów" jak przedstawił go Jagger,
była imponująca. Do tego wesołe pogaduchy z Richardsem, który również miał
swoje 5 minut wykonując wokalnie "You God the Silver" i "Before They Make Me Run"…
Obserwując to, co działo się na scenie trudno było nie odnieść wrażenia, że
granie naprawdę wciąż sprawia tym ludziom sporo frajdy. Nic dziwnego, że nad
stadionem unosiła się pozytywna energia, która udzielała się publiczności. Ta
najżywiej reagowała na największe hity Stonsów jak "Paint In Black", "Start Me
Up" czy "(I Can’t Get No) Satisfaction" w rozbudowanej 10-minutowej wersji, ale
i inne spotykały się z ciepłym przyjęciem. Moim zdaniem na szczególną uwagę
zasłużył utwór "Gimme Shelter" wykonany wokalnie (i tanecznie!) przez Jaggera wspólnie z – wspierającą zespół przez cały koncert – Sashą Allen.
130 minut muzyki, kolorów i scenicznego ruchu zaspokoiło oczekiwania słuchaczy. Lipcowy
koncert na PGE Narodowym był inny od tych, na których ostatnio bywałam. Nie
zabrakło rocka, charyzmy i gitarowych riffów, ale bez zabójczego tempa i miażdżącego
rytmu. To raczej festiwal osobowości. Ikon, które tak wiele dały współczesnej
muzyce i tego wieczoru były tak blisko, że wydawało się to aż nierealne. Takie
koncerty są bezcenne. I dlatego śmiało można je polecać nie tylko fanom danego
zespołu, ale w ogóle fanom koncertowych dźwięków. Bo każdy taki koncert to cegiełka w budowaniu historii muzyki. A my możemy być tego naocznym świadkiem.
Więcej zdjęć z koncertu na profilu Moment in Time




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz