![]() |
| Fot. Karol Makurat | Tarakum Photography | Tarakum.pl |
Na ten czerwcowy wieczór czekałam długo i bardzo niecierpliwie. A potem zabrakło mi czasu, by go opisać. Może to i lepiej – dzięki temu prawie pół roku później mogę wrócić pamięcią do katowickiego Spodka, w którym miało miejsce prawdziwe święto muzyki metalowej. Takie pełne świetnych dźwięków, ale też świateł, barw i gorącej atmosfery. Nie mogło być inaczej, skoro do Katowic zjechali sami Bogowie Metalu.
Jechałam na koncert podekscytowana, bo od
dawna polowałam na występ Brytyjczyków, którzy mieli trzyletnią przerwę w
odwiedzinach naszego kraju. A przecież nie jest tajemnicą, że ich występy to
nie lada gratka. I dla ucha i dla oka. Także tym razem zabawa zapowiadała się
godnie, szczególnie, że panowie z Judas Priest do Katowic zawitali w
towarzystwie gościa specjalnego - zespołu Megadeth. Czy taki duet mógłby się
komuś nie spodobać? Nie ma opcji!
Lubię koncerty w Spodku z racji nagłośnienia.
Przy tych wszystkich polskich stadionowych echach i pogłosach,
dźwięk w Katowicach brzmi niemal krystalicznie. Tym razem jednak coś nie do
końca tutaj grało. Szczególnie podczas występu Amerykanów. Głos Mustaine’a
chwilami brzmiał jakby śpiewał ze studni, a czasem był ledwie słyszalny. Do
tego można było odnieść wrażenie, że muzyka nie zawsze zgrywa się z wokalem. To
mocno osłabiło występ, a przecież panowie z Megadeth pojawili się na scenie
punktualnie i uwijali się jak w ukropie, prezentując całą galerię wyczekiwanych
przez publiczność utworów. Na zmianę pojawiały się więc klasyki z repertuaru
zespołu (Hangar 18, Tornado of Souls czy Symphony of Destruction) z utworami z Dystopii – ostatniej płyty. Pojawił się
też oczywiście Peace Sells podczas
którego na scenę "wkroczyła" maskotka zespołu – Vic Rattlehead.
Mimo, że twarz wokalisty rzadko była
widoczna spod jego sławetnych rudych loków, od czasu do czasu przebijał się
uśmiech i wydawało się, że Dave jest w doskonałym nastroju. Był też w świetnej
formie, co udowadniał każdym gitarowym riffem. Podzielił się z fanami dobrą
informacją, że po zakończeniu trasy, zespół zabiera się za nagrywanie swojego
szesnastego krążka.
Dla mnie niekwestionowaną gwiazdą tego
koncertu był zjawiskowy Kiko Loureiro, który z prawdziwym brazylijskim
temperamentem rozkręcał tę imprezę. To on był w ciągłym kontakcie z
publicznością i to jego scena była pełna. No i cóż… nie da się też ukryć, że to
także on najczęściej przyciągał damskie spojrzenia.
To był udany koncert. Megadeth dał z siebie wiele i pokazał się z jak najlepszej strony.
Jednak w powietrzu wyczuwało się jakiś
pośpiech i nerwowość (występ trwał tylko godzinę), które – w połączeniu z
kiepskim nagłośnieniem – pozostawiły pewien niedosyt. Na szczęście podczas
kolejnego koncertu nikt już o tym nie pamiętał. Bo Judas Priest spieszyć się
nie musieli, a słychać ich było całkiem dobrze nawet w najdalszych zakamarkach
Spodka. W ogóle na nagłośnienie nie można było narzekać, może tylko chwilami wokal zlewał się trochę w echo. No i było głośno. Bardzo głośno!
W ten koncert publiczność wraz z zespołem
weszła przy dźwiękach War Pigs Black
Sabbath. Zaraz potem efektownie zabrzmiał Firepower otwierający także 18. płytę
w dorobku Brytyjczyków. Płytę doskonale przyjętą i przez fanów, i krytyków. Nic
dziwnego, że jej wykonanie na żywo spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. Jednak
nie tylko utwory z tego – promowanego na trasie – krążka znalazły się na
katowickiej setliście.
Mieliśmy okazję usłyszeć szeroki i kolorowy wachlarz koncertowego repertuaru Bogów Metalu.
Obok całkiem nowych, raczkujących kompozycji, pojawili
się prawdziwi weteranie tacy jak niemal czterdziestoletni Saints In Hell, Grinder, Metal Gods i – mocno wspierany przez
publiczność - Breaking the Law.
Wszystko to działo się w barwnej scenerii kolorowych
rozbłysków, no i – oczywiście – wdzianek Halforda zmienianych w zależności od
nastroju utworów. Wiadomo, że nie mogło się obyć bez efektownego wjazdu w
srebrnym kombinezonie na wypolerowanym na błysk motocyklu. Zaraz potem rozległy
się dźwięki wykrzyczanego przez publiczność Hell
Bent for Leather. Przemierzając scenę tym swoim charakterystycznym, kaczym
krokiem wokalista skradał serca nielicznych sceptyków. Siła
jego głosu po prostu paraliżuje. Bez trudu przedziera się wokalem na pierwszy
plan mimo, że i muzyka oszałamia swoją siłą i mocą. To on robi
całe show, a przecież tylko sobie spaceruje i śpiewa. Może i jest coś z prawdy
w tekście "śpiewać każdy może", jednak z taką sceniczną charyzmą rodzą się już
tylko wybrani. Do tego te obłędne płaszcze zasługujące na osobny artykuł, a kto
wie czy nie całą książkę!
W ogóle panowie wyglądają na scenie trochę jak przybysze nie z tego świata.
W naszpikowanych ćwiekami kostiumach, w
ciemnych okularach, w otoczeniu czerwonych świateł, prezentowali się niczym
Marsjanie. No ale, że utwory Judas Priest są mało balladowe, to i stroje muszą
być nieco szalone. Z całego towarzystwa tylko Scott Travis wydaje się w miarę
spokojny (być może dlatego, że musi trzymać się w pobliżu swoich talerzy), bo
reszta zespołu wprost nie może ustać w miejscu. Publiczność rozkręcał
najbardziej – śliczny jak z obrazka - Richie Faulkner domagając się konkretnych
reakcji, narzucając tempo klaskania i zabawy.
Mimo zdecydowanie męskiego charakteru
całej imprezy, ochrona miała co robić, co chwilę wyławiając z tłumu jakąś
żeglującą fankę. Każdy kolejny utwór to dodatkowa moc i nowa dawka energii. Było
gorąco i ciasno, ale nikt nie narzekał. Ani na – daleki przecież od pierwotnego
– skład zespołu, ani na – również odbiegającą od stałego repertuaru koncertowego
Judasów – setlistę. Każdy dostał
dokładnie to, po co do Katowic przyjechał. Dużo hałasu, mnóstwo energii i
pozytywnych emocji. Panowie czują scenę i swoją publiczność, a granie wciąż
sprawia im frajdę. Dzięki temu zafundowali nam tej nocy prawdziwe metalowe
święto.
Po więcej zdjęć z koncertu zapraszam na stronę tarakum.pl
Korn w Warszawie Rammstein we Wrocławiu System of a Down w Krakowie
Po więcej zdjęć z koncertu zapraszam na stronę tarakum.pl




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz