Strony

24 lip 2019

Jestem ogniem. Halestorm w Warszawie

Arejay Hale Halestorm Warszawa Progresja
Fot. @judyhwon

Nie pamiętam już, kiedy oglądałam na koncertowej scenie kobietę. Jeśli chodzi o babski temat w muzyce metalowej, jestem tutaj nieprzejednaną szowinistką. Wyjątek robię tylko dla Maszy Archipowej z rosyjskiej Arkony. Teraz wyjątki będą dwa, bo wiem już, że Lzzy Hale to wokalistka, jakich mało. Gdy 24 maja wychodząc na scenę Progresji przy połączonych utworach Dear Daughter i Daughters of Darkness zapodała melodyjne "na na na" głosem takim, jakby wydobywała go wprost z czeluści piekieł już wiedziałam, że zafunduje mi niezłą adrenalinę.

Lzzy poza tym, że dysponuje zachrypniętym wokalem o mocy cyklonu, to jeszcze wygląda jak milion dolarów. I nie mam tu na myśli uroczych blond loczków oraz błyszczących kozaczków za kolanko. Rodzaj wizerunku a’la polska Doda nie sprawdziłby się na tej PRAWDZIWEJ scenie rockowo-metalowej. To nie jest branża łatwa dla kobiet. Te, które chcą w niej zaistnieć ze swoją muzyką czy głosem wybierają dwa rozwiązania – wizerunek cukierkowej Barbie albo image chłopczycy. Ten pierwszy nie kojarzy się zbyt pozytywnie i gdzieś tam z tyłu głowy mamy (być może niezasłużony) stereotyp słodkiej idiotki. Ale ten drugi może się sprawdzić znakomicie. Podejrzewam, że pomaga także opędzać się od nachalnych wielbicieli w zdominowanym przez mężczyzn środowisku. Lzzy z powodzeniem udaje się łączyć chłopczycę z image dzierżącego gitarę seksownego wampa. A to niełatwa sztuka!

Nic dziwnego, że ktoś taki nieco przyćmiewa resztę zespołu. 


Jednak niektórzy jego członkowie dzielnie walczą o uwagę widowni. Mnie zachwycił brat wokalistki Arejay Hale, który już na wejściu zdobył maksimum punktów za styl. W żarówkowo-różowym garniaku w palemki prezentował się naprawdę godnie. Perkusista to istny demon, na miejscu Lzzy bałabym się mieć takiego postrzeleńca za plecami. Widać to u nich rodzinne… Arejay to jednak także mistrz w swoim fachu i szaleniec w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Urzekł mnie na dobre. Jego solo na talerzach, żonglerka pałeczkami i entuzjastyczne rozkręcanie publiczności powinno być prezentowane jako wzorcowe na kursach dla perkusistów.

Oprócz szalonego rodzeństwa w zespole są jeszcze basista Josh Smith oraz skromny i stonowany Joe Hottinger, który ciskał w stronę publiczności gitarowe riffy o mocy kul armatnich. Że wspomnę choćby Killing Ourselves To Live. Także podczas utworu Amen pojawiła się po prostu obłędna część instrumentalna. Te gitarowe sekcje wywołały przyjemne dreszcze na niejednych plecach. Ja je miałam od stóp do głów. A dodatkowo zakończone były z takim przytupem, że czapki z głów!

Męska część zespołu chórkami i drugim głosem tworzy wspaniałe tło do wokalnych spektakli odgrywanych przez Lzzy. Bo to na niej skupione są oczy i uszy słuchających. Lzzy Hale nie odpuszcza w żadnym utworze. Ten wokal wydzierany jakby prosto z trzewi, jest przeszywający, genialny. Od samego słuchania człowieka boli gardło. Ciekawe ile czasu ona leczy swoje po każdym koncercie…

Zazwyczaj gdy na pierwszy plan wchodzi ostra muzyka, wokal na chwilę wycofuje. 


W Halestorm uderzają jednocześnie i to z taką mocą, że niemal fizycznie boli. Całkiem przyjemne było to cierpienie. Chętnie pocierpiałabym znów!
Lzzy Hale Warszawa Progresja relacja koncertu
Fot. @judyhwon
Wokalistka witała się i dziękowała po polsku. Próbowała też wyznać w tym języku miłość polskiej publiczności, ale nie do końca się to udało. Było dużo śmiechu i nawet przeprosiny. Bez zadufania i zbędnego patosu. Cały czas prowadziła dialog z publicznością, zachęcając do wspólnego śpiewania i zabawy oraz chwaląc temperament fanów i urodę polskich kobiet. Rozpierała ją energia, którą ograniczała ciasna scena Progresji. Strach pomyśleć, coby się działo, gdyby artystka mogła jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła. Połową tego koncertowego entuzjazmu mogłaby z powodzeniem rozdzielić stadion piłkarski i każdy miałby niezłego powera.

O tym, że w Progresji dobrze słychać i niewiele widać pisałam już tyle razy, że nie będę powtarzać. Na szczęście muzycy często zmieniali pozycje sceniczne i od czasu do czasu udawało mi się podejrzeć warsztat pracy któregoś z nich. Wszyscy zdawali się być w doskonałych nastrojach i cieszyło ich zaangażowanie publiczności. Znów mogłam nacieszyć się amerykańską otwartością, którą uwielbiam u muzyków zza oceanu, a której tak brakuje tym z Europy. Na scenie pojawiła się też fanka, która uczestniczyła w koncercie zespołu już 50ty raz. Był wspólny toast i zaskoczenie Lzzy, że ktoś chce ich tyle razy oglądać i słuchać. Koncertowy bis to znów (bo jakżeby inaczej!) popis siły wokalu. Pojawiły się uwielbiane przez fanów tytuły: The Silence, Here’s To Us, Loe Bites (So Do I) oraz I Miss the Misery.

Tak. Są zespoły, które zyskują na koncertach. 


Halestorm zdecydowanie do nich należy. Słuchając ich utworów w radio czy Internecie (wstyd przyznać, ale nie mam ani jednej płyty) można odnieść wrażenie, że niektóre (nieliczne, ale jednak) mogłyby się nawet otrzeć o komercyjne stacje. Jednak na koncercie wszystko przyprawione było bardzo stanowczo i zdecydowanie na ostro. Ta mieszanka paliła żywym ogniem. Tutaj Radio Zet nie znalazłoby nic dla siebie. Ja za to znalazłam. Całe mnóstwo drapieżnych i pełnych pasji utworów. I wokal jak ze snu. A właściwie takiej sennej mary gdzieś z otchłani. Ciemnej i mrocznej.

Więcej zdjęć z koncertu na profilu Lzzy Hale

Zobacz także:

Judas Priest w Katowicach       Airbourne we Wrocławiu        Godsmack w Warszawie               

1 komentarz:

  1. Lubicie koncerty? Bo jeśli tak, to ja mam dla Was świetną ofertę. Sprawdźcie, co oferowane jest na stronie https://teatrszekspirowski.pl/wydarzenia-gts/koncerty/ Moim zdaniem takie wydarzenia są najlepsze, ponieważ na żywo ogląda się wszystko dużo lepiej i ciekawiej. Każdy znajdzie na pewno dla siebie najlepszą okazję.

    OdpowiedzUsuń