Strony

15 gru 2019

Niech będzie chwała za ten czas. Coma Game Over w Łodzi


Coma w Łodzi 2019 Game Over relacja z koncertu

Coma ogłosiła zawieszenie działalności. „Są większe tragedie” pomyślałam mając z tyłu głowy ostatnie dokonania muzyków, z którymi mi zupełnie nie po drodze. Kiedyś jeden z ukochanych zespołów, po Czerwonej płycie stał mi się odległy i obcy. W sumie zwiastowałam nadchodzącą katastrofę TUTAJ już w 2015 roku… I pewnie moja przygoda z Comą skończyłaby się na pięknych wspomnieniach kilkudziesięciu wspaniałych koncertów sprzed lat gdyby nie propozycja przyjaciela, byśmy razem wybrali się na pożegnalny koncert w Łodzi. 

Koncert, który wyprzedał się w ekspresowym tempie. Ale to nie dziwi. Odkąd pamiętam, występy Comy na swoim podwórku sprzedawały się na pniu. Tym razem szybko zorganizowano drugi, więc wszyscy zainteresowani będą mieli możliwość zobaczenia lubianego zespołu ostatni raz.

Początkowo sceptyczna, im bliżej koncertu, tym bardziej zaczynałam się na niego cieszyć. Bo nie dość, że setlista Comy na tej trasie bardzo trafiała w mój gust, to jeszcze support zapowiadał się całkiem ciekawie.

Rozpoczynający ten wieczór zespół Black Radio to kapela z ponad dziesięcioletnim stażem, czego nie powiedziałabym patrząc na młode twarze muzyków. Zaprezentowali miłe dla ucha dość surowe garażowe brzmienie z nutą bluesowej klasyki. To naprawdę obiecujące zestawienie. Na tle zespołu zdecydowanie wyróżnia się świetny wokal – mocny, zdecydowany, trochę nostalgiczny. Słuchając Dawida Wajszczyka pomyślałam, że jeszcze nie raz o nim usłyszę. Taki wokalny potencjał musi mieć dalszą udaną rockową przyszłość!

Coma weszła na scenę punktualnie i przez ponad dwie godziny nie dała sobie i fanom chwili wytchnienia. 

Zaczęli od Zaprzepaszczonych Sił Wielkiej Armii Świętych Znaków, by bardzo umiejętnie przeplatać potem utwory z tych pierwszych (moich ukochanych) płyt z nowszymi muzycznymi dokonaniami. Dzięki temu zadowoleni byli zarówno „starzy” jak i ci „młodzi” fani. Także tempo utworów było mieszane i zespół płynnie przechodził z energetycznych utworów jak Angela czy Transfuzja do spokojniejszych rytmów jak choćby Spadam. Ku mojej radości w setliście znalazło się aż pięć utworów z płyty Pierwsze wyjście z mroku z nieśmiertelnym Leszkiem Żukowskim na czele. 

Niezmiennie doskonale na koncertach wypadają także utwory z Hipertrofii: Popołudnia bezkarnie cytrynowe oraz gitarowe solo z utworu Cisza i ogień, na który także niecierpliwie czekałam. Piosenka została zagrana na koniec koncertu, a tekst „niech będzie chwała za ten czas” stał się symbolicznym podziękowaniem zespołu za wspólne lata. 

Tradycyjnie ogromny aplauz zebrało Sto tysięcy jednakowych miast, które według mnie genialnie brzmi na płycie, a na żywo sporo traci. Ale od lat funkcjonuje w setlistach Comy także dzięki tradycji słuchania tego utworu przez publiczność na siedząco.

Na tle tych i wielu innych koncertowych klasyków, nowsze utwory wypadały dość blado, ale warto wspomnieć o Wędrówce i Meluzynie, które weszły w skład interesującego muzycznego przedsięwzięcia jakim jest płyta Sen o siedmiu szklankach ze starymi piosenkami dla dzieci. Płyty nie słyszałam, ale oba utwory spotkały się na koncercie z ciepłym przyjęciem.

W ogóle podczas tego wieczoru Wytwórnia przepełniona była dobrą energią. 

Publiczność spokojniejsza niż ta, którą pamiętam z dawnych koncertów zespołu, ale bardzo zaangażowana i doskonale znająca teksty piosenek odśpiewywane razem z Roguckim. Tak. Publiczność Comy dorosła, ale wciąż widać jej ogromne przywiązanie do tej muzyki.

Coma od jakiegoś czasu grywa w półmroku. 

Z jednej strony tworzy to ciekawy klimat, ale z drugie trochę przeszkadza ponieważ trudno chwilami dostrzec, co dzieje się na scenie, o mimice czy gestach muzyków nie wspominając. Na pewno bardziej spektakularnie w przyciemnionej scenerii wyglądają majestatyczne tańce Roguckiego, no i jest tutaj spore pole popisu dla realizatora oświetlenia. Światła dawały w tej scenicznej ciemności swój osobny spektakl.

Mój wieczór z Comą był bardzo udany. 

To zdecydowanie najlepszy koncert tego zespołu od kilku lat. Ich muzyka wciąż działa na ludzkie dusze, a w Łodzi dodatkowo pozytywny klimat potęgowały opowieści Piotra o kulisach powstania poszczególnych piosenek i teledysków, które przecież miały miejsce tuż za rogiem. Wspomniana została choćby nieodżałowana Dekompresja (R.I.P.). Fani również stanęli na wysokości zadania podnosząc setki kartek z hasztagiem #ComaComeBack. Wyglądało to imponująco i chyba zrobiło wrażenie na zespole.  

Mimo, że Roguc namawiał, by nie żegnać się ze smutkiem, to jednak w moim oku zakręciła się łza. Spędziłam z tym zespołem setki godzin. Trzy pierwsze płyty towarzyszyły mi w wielu ważnych chwilach. Obserwowałam jak muzycy z beztroskich, pozytywnie zakręconych szaleńców przekształcają się w dojrzałych mężczyzn. Wyczekiwałam nowych utworów, pochłaniałam wywiady, jeździłam na koncerty. I mimo, że nasze drogi rozeszły się już jakiś czas temu, łączą mnie z tą muzyką dobre emocje i piękne wspomnienia. Trudno nie czuć żalu mając świadomość, że nie usłyszę jej więcej na żywo. W rockowym świecie modne są jednak wszelkie powroty, chwilowe schadzki i wielokrotne pożegnania, więc intuicja szepcze cicho, że - być może - zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zresztą sam Rogucki nawiązał do obowiązujących trendów z przymrużeniem oka zapewniając, że kolejna trasa pożegnalna ruszy wiosną, a potem jeszcze jesienna akustyczna i ... w ten sposób dotrwamy do reaktywacji zespołu. Podobno w każdym żarcie jest odrobina prawdy, więc kto wie... 

Przeczytaj też: Venflon w Łodzi Nocny Kochanek w Łodzi, Alcoholica w Zgierzu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz